Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nagrodzone. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nagrodzone. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 kwietnia 2014

Frelka ze Złotymi Kudłami i czi bery

Pywnego razu, jak to w bojkach bywo, żyła se na tym welcie tako jedna gryfno dziołszka, zwano Frelką o Złotych Kudłach. Besto jom tak nazywali, bo miała żołte i świeconce jak piniondz wosy, co ji furgały przy łebie choby wariaty. Dziołszka miyszkała we malyńkij chałpce pod lasym, razym ze swojym fatrem, mamulką i bracikiem Paulikiem, kiery był jesce taki pyrtek, że go trza było wozić we wozyku.
Ale nie ło frelkowej familyji bydymy tu godać, ino ło historyji, wtoro sie Frelce wydarziła, jak razu pewnego poszła se do lasu nazbiyerać trocha podzimków i jagódek, żeby jej mama mogła upiyc z tego zista, bo Frelka lubiyła maszkiycić.
Szła naszo dziołszka przez las, a korbek jyj robiół sie coroz ciynższy. Jak rano wylazła z chałpy, tak poł dnia przełazieła miyndzy dżewami. Jak roz skapła sie, że niy wie kaj jest. Paczki w prawo – nie widzi szterki, paczki w lywo, toć widzi jakieś cudze dżewa, co ich w życiu nie łoglondała. „Ło Jeronie! – myśli se Frelka i po trochu sie juz nerwuje – Kaj jo je?”. Postoła pora minut i popukała sie po gymbie. Dali niy wiedziała kaj deptać, ale zdało jyj sie, że jesce chwila tymu mijała jakoś łonka, a na ty łonce widziała chałpa. Wziyła wiync korbka z jagódkami i za czi minuty była w progu.
Zdało jyj sie, ż jaki łolbrzym mieszko w tym hausie, bo ledwo siyngała do klamki. Zaklupała roz – żodyn nie łotwiero. Zaklupała roz drugi, ale dali nic. Czeci roz juz niy klupała, bo jy sie nie chciało, ale siyngła do klamki i łotwarła dźwiżyja. Fater godoł jy, że do cudzych nie poradzi włazić jak do siebie, bo to fest frechtowne jest, ale że już ćma sie zrobiyła, a i Frelka godno było, to i wlazła.
Chałpa była we środku dwa razy tako, jako dom we wtorym mieszkała Frelka. Dziołszka we antryju łostawiyła korbek z jagódkami i poszła do kuchnie, kaj na środku stoł tisz  i czi zice. Na tiszu zaś stoły czi talyrze i leżały czi szczyrbne łeżki.
Burkało we basie naszy Frelce, wiync siadła se na pierszy stołek i skosztuwała z piyrszego talyrza ty zupy, co w niem pływała. Ale jak zjadła to niy zasmakuwoł ji tyn flaps co tam był, bo wtoś nasuł tam za dużo soli. Siadła na drugim zicu i tyż skosztuwała zupy z talyrza, ale ta tyż była niedobro, bo soli miała za mało. Siadła Frelka na czecim stołku, skosztuwała i zeżarła wszysko, tak ji smakuwało...
Jak jus dziołszka se pojadła to poszła do drugiego cimra, kaj stoły czi zesle. Piyrszy był fest srogi i był cornego koloru, a jak Frelka na niym siadła to aż żić jom zabolała, taki był twardy. Drugi zesel był trocha mniyjszy, mioł lilijowy kolór i był taki miyntki, że jak Frelka na niego siadła, to fest głymboko ji żić wpadła w tyn zesel, no i niy poradzieła z niego zlyź. Ale jak zlazła, to przesiadła sie na czeci zeslik, kiedy był akuratny i na wtorym Frelka dugo a dugo siedziała i dychała po łobiedzie. Kiery w końcu nastała noc, Frelce zachciało sie spać i przeszła se do czeci izby, kaj stoły czi bety. Piersze było tak dupne, jak twardy zesel na kierym siedziała Frelka w poprzedni sztubie. A że niy było na tym pryku fajnego zogówka to dziołszka wlazła na drugi bet, kaj pierzina było tako rubo, że sie gorko zrobieło Frelce i legła se na czecim, kaj było jyj akuratnie. Zawarła łocy i w minuta usła.
Niy minyły czi ćwierci godziny, jak do chałpy zaszli jyj miyszkańcy, co byli na geburstagu w inny czynści lasu. A były to czi bery: Łojciec Ber, co sie zowoł Alojz, Mamulka Berowa co jyj było Cila i Mały Ber Achimek. Jak ino wleźli do dom, to łod razu sie skapli, że coś jest niy tak. Nojpierw poszli do kuchnie i jak wejrzeli, że wtoś im grzeboł w talyrzach to sie trocha znerwuwali. A nojbarzi znerwuwoł sie mody Achim, jak łobejrzoł, że jego zupa cołko wtoś zeżar. Potym bery poszły do drugi izby, co jom zwali paradnom, i łod razu wiedzieli, że wtoś siedzioł na ich zeselach, bo srogi zesel Bera Alojza mioł złomano noga, miyntki zesel Berowyj Cili mioł wklepany zic, a malyńki zeselek Achimka cołki był umaraszony (bo jak sie Frelce przipomniało, że mo łowoce w króbce, to poszła se po te jagódki i zeżarła je w tym nojgryfniejszym zeselku).
Na som kuniec bery wlazły do szlafsztuby, kaj mieli swoje bambetle i kładli sie spać.
- Tukej tyż był ten leber, co nom sznupoł po gorkach i spierniyczył zesle! – mamroł Alojz, jak łobejrzoł, że jego sztepdeka leży sfrylano na ziymi.
- I nawet sztepdeki nie uklepoł, co za lyń patentuwany! – pedziała Cila.
- I tyn wtoś gniyje we mojym becie tera! – Achimek juz sie łozbecoł, jak łobejrzoł, że wszysko, co mioł storbieła mu jakoś dziołcha z krynconymi kudłami, wtoro tera leżała na jego becie.
Jak ino Achimek sie spłakoł, tak Łojciec Ber zaczoł fest przezywać. Frelka, jak ino to usłyszała, łobudzieła sie i tak sie zlonkła, że mało sie nie zejscała. Szwungu dostała i pitła z berowyj chałpy prosto do dom.

Opowiadanie zajęło II miejsce w konkursie "Gdyby misie potrafiły opowiadać..." zorganizowanym przez Gminną Bibliotekę Publiczną w Świerklańcu.

piątek, 4 marca 2011

Przyzwoity porywacz?

„Morze słów, ocean milczenia” to książka Ilony Hruzik, opowiadająca historię młodej kobiety – Klaudii, uprowadzonej przez bezwzględnych i okrutnych przestępców, którzy nie cofną się przed niczym, by zdobyć to, czego pragną. Przetrzymywana w piwnicy, pobita i brutalnie zgwałcona dziewczyna tęskni za rodziną i mimo zwątpienia wierzy, że kiedyś jej los się odmieni i zostanie uwolniona.
Niespodziewanie dla niej samej w jednym z porywaczy znajduje sprzymierzeńca, który dba o to, by czas, który musi spędzić w zamknięciu był jej choć trochę milszy. Tom, bo tak mu na imię, podążając za głosem sumienia, zdobywa się na to, by Klaudia mogła funkcjonować w miarę ludzkich warunkach. Z czasem między ich dwojgiem zaczyna rodzić się specyficzna więź.
Książka, wedle zapowiedzi, istotnie kończy się zaskakująco, przy czym moim zdaniem jest to zakończenie nieco hollywoodzkie. Czytając ostatnie epizody książki, a także mając już lekturę za sobą, zastanawiałam się, czy byłabym w stanie zakochać się kimś, kto przyczynił się do mojego porwania i późniejszego cierpienia? Czy późniejsze dobre traktowanie mnie sprawiłoby, że taki człowiek jak Tom urośnie w moich oczach do tego stopnia, że byłabym w stanie oddać mu swoje serce? Zastanawia mnie to szczególnie w kontekście wcześniejszych doświadczeń bohaterki z jej byłym mężem, który stosował wobec Klaudii zarówno przemoc fizyczną jak i psychiczną.
Cóż, takie powinny być książki. Powinny skłaniać do refleksji i zastanowienia, w jaki sposób my sami postąpilibyśmy w danej sytuacji. A ponieważ wątek miłosny jest tutaj tylko jednym z wielu, należy zapytać także, dlaczego ktoś taki jak Tom, w gruncie rzeczy dobry człowiek, zgadza się pełnić działalność przestępczą? Jak potoczą się losy dwojga ludzi, którzy poznali się w takich dziwnych okolicznościach? Czy przyczynienie się do uwolnienia Klaudii nie poniesie za sobą żadnych konsekwencji dla Tomasza? I jakich?
Samo zakończenie nie mówi wiele o tym, co stało się po powrocie Klaudii do normalności. Można się jedynie domyślać, lecz domysłów jest tyle, ile ludzi czytających tą powieść. Mimo to polecam tę książkę, gdyż napisana jest z pomysłem, dzięki czemu czyta się ją szybko, a jej treść pozostaje w pamięci na długo.

Recenzja książki "Morze słów, ocean milczenia" została nagrodzona w konkursie organizowanym przez Gminną Bibliotekę Publiczną w Świerklańcu i Wydawnictwo Zaimek w lipcu 2010.

niedziela, 2 stycznia 2011

Nietypowy detektyw w akcji

Niedawno odkryłam książkę, która przykuła moją uwagę nie tylko intrygującym tytułem, jak i egzotycznym nazwiskiem autora, ale także jaskraworóżową, bijącą po oczach okładką. Pokierowana nieodpartą ciekawością musiałam sięgnąć na półkę i dowiedzieć się, co takiego kryje w sobie niewielka powieść hiszpańskiego pisarza Eduardo Mendozy pt. „Sekret hiszpańskiej pensjonarki”.
Książka ta, napisana już w 1979 roku, w Polsce ukazała się dopiero rok temu nakładem wydawnictwa Znak. Pewnie gdyby nie była tak ładnie wydana (tylko np. na modłę czasów komunistycznych), jak większość ludzi minęłabym ją, nie wiedząc, że mam przed sobą całkiem niezłą perełkę. Na szczęście dla niektórych historii czas okazuje się łaskawy, i mimo, że 30 lat dzieli wydanie polskie od hiszpańskiego, nie odczuwa się, iż utwór już swoje lata ma.
Jest to historia bezimiennego bohatera, mieszkańca szpitala psychiatrycznego, który zostaje poproszony o rozwikłanie tajemniczego zniknięcia dziewczynki, mieszkanki renomowanej, katolickiej szkoły. W zamian oferuje mu się zwolnienie z zakładu dla obłąkanych, dzięki czemu ochoczo przystaje na propozycję złożoną mu przez znajomego komisarza Floresa. Cała historia, tocząca się niesamowicie brawurowo, obfituje w liczne zwroty akcji i gagi, godne najlepszych komików. Niepozorny, ale bardzo sprytny i elokwentny „wariat”-włóczęga, dzięki swej dociekliwości i umiejętnemu łączeniu faktów, rozwiązuje zagadkę, z którą nie potrafili poradzić sobie barcelońscy policjanci. Jak dochodzi do prawdy? Trzeba koniecznie przeczytać tę książkę, by się dowiedzieć!

Recenzja książki "Sekret hiszpańskiej pensjonarki" została nagrodzona w konkursie [re:]cenzja Tarnogórskiego Centrum Kultury w październiku 2010.