Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje opowiadania. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 kwietnia 2014

Frelka ze Złotymi Kudłami i czi bery

Pywnego razu, jak to w bojkach bywo, żyła se na tym welcie tako jedna gryfno dziołszka, zwano Frelką o Złotych Kudłach. Besto jom tak nazywali, bo miała żołte i świeconce jak piniondz wosy, co ji furgały przy łebie choby wariaty. Dziołszka miyszkała we malyńkij chałpce pod lasym, razym ze swojym fatrem, mamulką i bracikiem Paulikiem, kiery był jesce taki pyrtek, że go trza było wozić we wozyku.
Ale nie ło frelkowej familyji bydymy tu godać, ino ło historyji, wtoro sie Frelce wydarziła, jak razu pewnego poszła se do lasu nazbiyerać trocha podzimków i jagódek, żeby jej mama mogła upiyc z tego zista, bo Frelka lubiyła maszkiycić.
Szła naszo dziołszka przez las, a korbek jyj robiół sie coroz ciynższy. Jak rano wylazła z chałpy, tak poł dnia przełazieła miyndzy dżewami. Jak roz skapła sie, że niy wie kaj jest. Paczki w prawo – nie widzi szterki, paczki w lywo, toć widzi jakieś cudze dżewa, co ich w życiu nie łoglondała. „Ło Jeronie! – myśli se Frelka i po trochu sie juz nerwuje – Kaj jo je?”. Postoła pora minut i popukała sie po gymbie. Dali niy wiedziała kaj deptać, ale zdało jyj sie, że jesce chwila tymu mijała jakoś łonka, a na ty łonce widziała chałpa. Wziyła wiync korbka z jagódkami i za czi minuty była w progu.
Zdało jyj sie, ż jaki łolbrzym mieszko w tym hausie, bo ledwo siyngała do klamki. Zaklupała roz – żodyn nie łotwiero. Zaklupała roz drugi, ale dali nic. Czeci roz juz niy klupała, bo jy sie nie chciało, ale siyngła do klamki i łotwarła dźwiżyja. Fater godoł jy, że do cudzych nie poradzi włazić jak do siebie, bo to fest frechtowne jest, ale że już ćma sie zrobiyła, a i Frelka godno było, to i wlazła.
Chałpa była we środku dwa razy tako, jako dom we wtorym mieszkała Frelka. Dziołszka we antryju łostawiyła korbek z jagódkami i poszła do kuchnie, kaj na środku stoł tisz  i czi zice. Na tiszu zaś stoły czi talyrze i leżały czi szczyrbne łeżki.
Burkało we basie naszy Frelce, wiync siadła se na pierszy stołek i skosztuwała z piyrszego talyrza ty zupy, co w niem pływała. Ale jak zjadła to niy zasmakuwoł ji tyn flaps co tam był, bo wtoś nasuł tam za dużo soli. Siadła na drugim zicu i tyż skosztuwała zupy z talyrza, ale ta tyż była niedobro, bo soli miała za mało. Siadła Frelka na czecim stołku, skosztuwała i zeżarła wszysko, tak ji smakuwało...
Jak jus dziołszka se pojadła to poszła do drugiego cimra, kaj stoły czi zesle. Piyrszy był fest srogi i był cornego koloru, a jak Frelka na niym siadła to aż żić jom zabolała, taki był twardy. Drugi zesel był trocha mniyjszy, mioł lilijowy kolór i był taki miyntki, że jak Frelka na niego siadła, to fest głymboko ji żić wpadła w tyn zesel, no i niy poradzieła z niego zlyź. Ale jak zlazła, to przesiadła sie na czeci zeslik, kiedy był akuratny i na wtorym Frelka dugo a dugo siedziała i dychała po łobiedzie. Kiery w końcu nastała noc, Frelce zachciało sie spać i przeszła se do czeci izby, kaj stoły czi bety. Piersze było tak dupne, jak twardy zesel na kierym siedziała Frelka w poprzedni sztubie. A że niy było na tym pryku fajnego zogówka to dziołszka wlazła na drugi bet, kaj pierzina było tako rubo, że sie gorko zrobieło Frelce i legła se na czecim, kaj było jyj akuratnie. Zawarła łocy i w minuta usła.
Niy minyły czi ćwierci godziny, jak do chałpy zaszli jyj miyszkańcy, co byli na geburstagu w inny czynści lasu. A były to czi bery: Łojciec Ber, co sie zowoł Alojz, Mamulka Berowa co jyj było Cila i Mały Ber Achimek. Jak ino wleźli do dom, to łod razu sie skapli, że coś jest niy tak. Nojpierw poszli do kuchnie i jak wejrzeli, że wtoś im grzeboł w talyrzach to sie trocha znerwuwali. A nojbarzi znerwuwoł sie mody Achim, jak łobejrzoł, że jego zupa cołko wtoś zeżar. Potym bery poszły do drugi izby, co jom zwali paradnom, i łod razu wiedzieli, że wtoś siedzioł na ich zeselach, bo srogi zesel Bera Alojza mioł złomano noga, miyntki zesel Berowyj Cili mioł wklepany zic, a malyńki zeselek Achimka cołki był umaraszony (bo jak sie Frelce przipomniało, że mo łowoce w króbce, to poszła se po te jagódki i zeżarła je w tym nojgryfniejszym zeselku).
Na som kuniec bery wlazły do szlafsztuby, kaj mieli swoje bambetle i kładli sie spać.
- Tukej tyż był ten leber, co nom sznupoł po gorkach i spierniyczył zesle! – mamroł Alojz, jak łobejrzoł, że jego sztepdeka leży sfrylano na ziymi.
- I nawet sztepdeki nie uklepoł, co za lyń patentuwany! – pedziała Cila.
- I tyn wtoś gniyje we mojym becie tera! – Achimek juz sie łozbecoł, jak łobejrzoł, że wszysko, co mioł storbieła mu jakoś dziołcha z krynconymi kudłami, wtoro tera leżała na jego becie.
Jak ino Achimek sie spłakoł, tak Łojciec Ber zaczoł fest przezywać. Frelka, jak ino to usłyszała, łobudzieła sie i tak sie zlonkła, że mało sie nie zejscała. Szwungu dostała i pitła z berowyj chałpy prosto do dom.

Opowiadanie zajęło II miejsce w konkursie "Gdyby misie potrafiły opowiadać..." zorganizowanym przez Gminną Bibliotekę Publiczną w Świerklańcu.

piątek, 28 października 2011

Co było dalej? Czyli zaskakujące przygody Blablabluran

Z dedykacją dla wszystkich Blablabluran :)

Pewne wakacyjne historie kończą się wraz z pierwszym jesiennym westchnieniem wiatru. Tak miało być  również w przypadku Plemienia, które spotkałam na swojej drodze nieco ponad rok temu. Blablabluranie, którzy gnani południowym wiatrem wypłynęli w morze na swej rachitycznej tratwie, już kilka dni po rozstaniu wydawali się być tylko wspomnieniem szaleńca. Jednak jak pokazuje bliższa i dalsza historia, niektóre epizody naszego życia powracają niczym bumerang. Tak było również w ich przypadku…
Rozpoczął się październik. Rok akademicki, nowe otoczenie, nowi znajomi, właściwie wszystko nowe. Czułam się nieco obco, choć z drugiej strony cieszyła mnie ta nowa przygoda. Nie przypuszczałabym, że jej elementem staną się oni – Plemię poznane podczas wakacji, posługujące się niesklasyfikowanym przez językoznawców dialektem przypominającym blablanie.
Wpadłam na nich, spacerując po parku w pobliżu rzeki. To oni zauważyli mnie pierwsi, rzucając się na mnie z radosnym krzykiem, który początkowo przeraził mnie nie na żarty. Kiedy jednak rozpoznałam ich nieco zdziczałe twarze, śmiałam się razem z nimi i odtańczyłam coś, co chyba było ich rytuałem szczęścia.
Zaprosili mnie do siebie, podświadomie wyczuwając, jak bardzo chcę wiedzieć, w jaki sposób znaleźli się prawie osiemset kilometrów na południe od miejsca, w którym się rozstawaliśmy. Usiedliśmy przy ognisku, na rozległej polanie, gdzie rozłożyli byle jakie szałasy. Z jednej strony obozowisko odgradzała od cywilizacji ogromna, pionowo stojąca płaska skała, z drugiej las. Na skale narysowane były obrazki przedstawiające podróż moich dziwnych przyjaciół przez morze i pozostałe przygody. Blablabluranie, przekrzykując się wzajemnie, próbowali opowiedzieć mi namalowana historię, z której wynikało, że ich tratwę zniszczył sztorm. Na szczęście znajdowali się na tyle blisko brzegu, by dopłynąć do niego samodzielnie i na nim odpocząć. Zagadkę ich przybycia w górskie rejony rozwiązywał kolejny obrazek, przedstawiający pociąg i Blablabluran uczepionych jego wagonów. Podróżowali nocą, by uniknąć ciekawskich spojrzeń i zamieszania, jakie z pewnością by spowodowali. Tak dotarli do miasta na granicy kraju, które chyba wydawało im się bliskie przez niepowtarzalną jak oni atmosferę, która tam panowała. Zostali, nie spodziewając się (podobnie jak ja), że znowu staniemy sobie na drodze, z całą pewnością prowadzącej ku kolejnej przygodzie.
Spotykaliśmy się niemal codziennie po moich zajęciach na uczelni. Przemierzaliśmy okoliczne lasy, łowiliśmy ryby, tropiliśmy zwierzęta i dopisywaliśmy kolejne rozdziały do ich skalnej opowieści, coraz bardziej przypominającej prehistoryczne malowidła w jaskiniach. Wspólnie uciekaliśmy również przed straszliwymi bestiami, nazywanymi przez miejscowych Krokodile.
Krokodile mieszkały w rzece, będącej jednocześnie granicą oddzielającą dwie części miasta. Właściwie nikt nie chciał mieć z nimi do czynienia, jednak jakiś dziwny rytuał zmuszał Blablabluran do stawiania im czoła raz na pół roku, o czym dowiedziałam się tuż przed jedną z takich celebracji. Plemię szło wtedy nad rzekę, gdzie wprawione w trans rzucało się na gniazda Krokodili, by skraść ich cenne jajka. Z trwogą obserwowałam jak każdy z nich po kolei wypełnia ten niezrozumiały dla mnie obowiązek. W końcu nie wytrzymałam napięcia i uciekłam…
Nie wracałam przez wiele dni. Dopiero po kilku tygodniach stanęłam przed Plemieniem, a to, co zastałam, wzbudziło mój smutek. Stało się bowiem to, czego się bałam – kilku Blablabluran nie wróciło z tamtego „polowania na jaja”. Paru kolejnych członków Plemienia zostało poważnie poranionych. Nie było jednak miejsca na żal. Blablabluranie, jakby nauczeni tego, że nic nie jest na zawsze, żyli jak dotychczas, co jakiś czas wspominając poległych przyjaciół. Czas płynął jak woda w pobliskiej rzece, aż do kolejnej potyczki z Krokodilami, która tym razem miała odbyć się w lecie.
Bestie zdawały się być jeszcze bardziej zajadłe, niż pół roku wcześniej, szczególnie strzegąc unikatowych, złotych jaj. Według legendy dawały one nadzwyczajną moc. Ich błysk był dla niektórych oślepiający. Jednocześnie miał w sobie coś, co kusiło niczym biblijne jabłko. Może to była moc poznania? Nie wiem…
Tym razem nie zamierzałam uciekać z pola bitwy. Bo cokolwiek by się stało, powinnam i chciałam być z moimi dziwnymi przyjaciółmi, którzy nerwowo blablali nad brzegiem rzeki Krokodili. Z oczu strzelał im niesamowity żar, gdy spoglądali na wyczekujące po drugiej stronie potwory, które wydawały z siebie obrzydliwe, mlaszczące dźwięki. Nie było odwrotu. Złote jaja były teraz ważniejsze niż życie.
Blablabluranie rzucili się w płytki nurt rzeki, wymachując długimi, zaostrzonymi kijami i deskami pełnymi gwoździ, wyrwanymi z samotnych, parkowych ławek. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że niektórzy z nich mają w dłoniach garnki, patelnie i wielkie chochle (o których zaginięciu słyszałam nie tak dawno na terenie kampusu akademickiego). Krokodile, ogłuszone wrzaskiem i dudnieniem studenckich naczyń, zatrzymały się w połowie drogi. Tylko jeden z nich, najwyraźniej głuchy, parł dalej naprzód. Natarł na jednego z Blablabluran, pożerając go jednym kłapnięciem morderczych szczęk. Pozostali współplemieńcy zawyli z rozpaczy, jeszcze bardziej zaciekle dążąc do zdobycia złotego trofeum. Ci, którzy nie mieli garnków, chlastali bestie po głowach. Ci z garnkami, poruszali się systematycznie do przodu, cudem unikając pyska głuchego Krokodila. Lała się krew, deski łamały się z trzaskiem, chochle i rączki patelni lądowały w oczodołach i nosach potworów. W końcu Blablabluranie dotarli do gniazda złotych jaj i jak za dotknięciem magicznej różdżki, wszystko ustało. Krokodile uspokoiły się, wojenna melodia ucichła. Głaszcząc w dłoniach złote trofea, Blablabluranie patrzyli na ujarzmione Krokodile które, pokonane, dały się porwać nurtowi rzeki.
Czy wróciły - tego Wam nie powiem. Ważne jest to, co stało się z Plemieniem, a czego wielu z Was być może już się domyśla. Nie zostali długo. Po zdobyciu złotych jaj gdzieś zniknęli bez pożegnania. Wiem, bo gdy następnego dnia przyszłam do ich obozowiska, stało puste. Zostało po nich tylko kilka pogiętych garnków i naścienne malowidło, które po blablablurańsku mówiło mi, że chyba jeszcze kiedyś się spotkamy…

czwartek, 25 sierpnia 2011

Ulotność życia

22.03.2006 r.

To było dokładnie miesiąc temu.
Pokaz mody, na który wcale nie chce mi się jechać, bo matura za pasem, a ja wolę się uczyć.
Znajoma szkoła, która specjalizuje się w edukacji przyszłych krawcowych
i projektantek mody. Mój piąty pokaz. Piąty raz, kiedy jestem tu, by podziwiać najnowsze trendy mody.
Z głośników płynie muzyka, zupełnie adekwatna do tematyki pokazu. „Morskie opowieści”.
Na wybieg wychodzą modelki we wszystkich odcieniach niebieskości,
w marynarskich mundurkach, przebrane za mityczne postacie syren, w połyskujących cekinach i lśniących tiulach.
Wśród tych wszystkich dziewcząt wdzięcznie paradujących nad obliczami zebranej publiczności jest i ona.
Ma piękne, kręcone, rude włosy, szczere oczy i wesoły uśmiech. Wysoka i smukła. Taka, jaka ja chciałabym być.
Spoglądam na nią z podziwem. Spoglądam, jak przechadza się nad moją głową, roztaczając wokół siebie niezwykły blask. Pewnie nie zapamiętam stroju, ale zapamiętam tę twarz. Niedługo przyjdzie mi się o tym przekonać...

Dziś przypomniano mi o niej.
- Pamiętasz Baśka, tę rudowłosą z pokazu? No wiesz, tę taką ładną. Kręcone włosy miała. – Ania, która była wtedy ze mną, przyglądała mi się pytająco.
Zaczęłam szukać w pamięci jej wizerunku. Rudowłosa? Tak! Pamiętam ją!
- Dziś jest jej pogrzeb... – Rzekła smutno Ania, a ja aż zadrżałam z szoku.
Przecież była chyba w naszym wieku! W głowie rozpoczęła się gonitwa myśli. Wypadek? Nowotwór? To niemożliwe!
Ania ujrzała moją konsternację.
- Zatruła się gazem. Była nieszczelna instalacja w łazience. Podobno miała iść na jakąś imprezę i wiesz... Pewnie chciała się przed tym odświeżyć. Parę wdechów i...
Ania ucichła. Ja też nic nie mówiłam. To było zbyt straszne. W jednej chwili może stać się tak wiele. W jednej chwili wszystkie plany i marzenia nikną bezpowrotnie, bo przychodzi śmierć...
I pomyśleć, jakie to życie jest ulotne. Zupełnie jak gaz...

Dedykuję Rudowłosej

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Narodziny Feniksa. Wspomnienie Seemela - skryby czarodziejskiej królowej Lilth

Wiele przepowiedni przepłynęło przez usta wróżbitów i wieszczy na ziemiach Świata. Wiele z tych przepowiedni spełniło się jeszcze w czasach niepamiętnych dla dziejopisarzy rodów i królewskich kronikarzy. Jednak żaden ze skrybów opisujących wydarzenia owych dni, które przeminęły, nie słyszał historii, którą chcę opowiedzieć Wam ja, stary skryba Czarodziejskiej Królowej. A jest to historia narodzin nadziei. Nadziei, wyłaniającej się z mroku Ciemnych Dni, które władały Światem przez lata, spowodowane wojną i śmiercią tysięcy jego mieszkańców, wojny która rozpętała się, kiedy wielu z nas nie było jeszcze na świecie, a kiedy to ja sam, Seemel Skryba byłem jeszcze bardzo młodym człowiekiem...
Był to rok 1500 Ery Smoka i od wielu lat na ziemiach Świata panował chaos i wojna. Wszystkie rasy zamieszkujące Świat toczyły ze sobą zażarte bitwy, wybijając się nawzajem bez opamiętania, burząc starożytne pakty i porozumienia między sobą. Nie było miejsca, gdzie mieszkałby pokój i harmonia. Cały Świat pokryty był całunem ciemności...
Wielu z nas ukrywało się, tworząc niewielkie grupki stroniące od obcych, w górskich szczelinach lub leśnych odmętach. Wiadomości, które bardzo rzadko dochodziły do naszych uszu, poprzez wędrujących samotnie nomadów, nie informowały nas o zakończeniu wojen i sporów Świata. Nikt nie miał już nadziei i nikt nie wierzył, że kiedyś te wstrząsające wydarzenia się zakończą.
Pewnego dnia jednak, do niewielkiej wioski, w której mieszkałem wraz z matką i siostrami, przybyło dwóch nomadów, którzy zupełnie nie przypominali wędrowców, jakich przyszło mi oglądać we wcześniejszych latach życia. Miałem wówczas siedemnaście lat.
Starszy z nich był ubrany w długi, sięgający do ziemi czarny płaszcz z kapturem. Spod nakrycia głowy wyłaniały się długie i splątane czarne włosy. Twarz miał ogorzałą i wysmaganą wiatrem, przecinała ją długa blizna po zranieniu, niewątpliwie od miecza. Oczy miał dumne, a z jego postawy biła wyniosłość. Jego towarzysz zaś był od niego dużo młodszy, może był nawet jego synem, bowiem po twarzy był bardzo podobny do starszego mężczyzny, nie miał jednak blizny, a policzki nie pozbyły się jeszcze pewnego dziecięcego charakteru. Miał może trzynaście lat, również był ubrany w płaszcz, a na plecach niósł spory worek podróżny.
Starszy z nomadów podszedł do przywódcy naszej małej zbiorowości i poprosił o możliwość przenocowania w naszym obozie, co było dziwne, bowiem nomadowie nie zatrzymywali się w obozach ludzi na noc. Przychodzili zazwyczaj wczesnym rankiem, by trochę pohandlować z miejscowymi i podzielić się wieściami ze Świata, po czym ruszali dalej i jeśli się zatrzymywali, to nigdy w pobliżu ludzkich siedzib. Byli samotnikami.
Przywódca zgodził się, widać jednak było, że bardzo zdziwiła go ta prośba. Przybysze rozłożyli swoje rzeczy na skraju naszej małej wioski na zboczu góry i przez prawie całą resztę dnia nie nawiązali z nami żadnego kontaktu. Wieczorem, gdy zapaliliśmy ognisko i rozsiedliśmy się wokół niego, by spożyć kolację, nomadowie nadal siedzieli w odosobnieniu, rozmawiając ze sobą przyciszonymi głosami. Kobiety co jakiś czas zerkały z niepokojem na obcych. Wódz wezwał do siebie wszystkich mężczyzn z wioski, w tym mnie i polecił nam byśmy dziś zachowali szczególną czujność w nocy. Chyba żałował, że zgodził się na obecność wędrowców w obozie.
Ja miałem strzec ogniska. Było to odpowiedzialne zadanie, bowiem ogień nie mógł nigdy zgasnąć, tak więc całą noc musiałem czuwać. Moi towarzysze rozstawili się w pewnych odległościach od obozu, pilnowali także wejść do jaskiń, w których mieszkaliśmy. Kobiety i dzieci poszły spać. Nomadzi nadal rozmawiali między sobą, spoglądając co jakiś czas w stronę ogniska.
Nie wiem ile czasu minęło, od kiedy zacząłem czuwanie przy ogniu. Byłem sam i nagle spostrzegłem, że nomadzi znikli. Zostały jednak ich bagaże, musieli więc być gdzieś w pobliżu. I choć było ciepło, poczułem dreszcze wstrząsające moim ciałem. Rozejrzałem się niespokojnie.
Nagle naprzeciw mnie usiadł młodszy z nomadów i uśmiechnął się. W ręku trzymał grubą gałąź. Dziś mogę napisać, że wydawało mi się, że miała rozmiary małej maczugi. Wzdrygnąłem się po raz kolejny. Czyżby ten młodzieniaszek chciał mnie zabić?
- Nie bój się. – Rzekł chłopiec. Miał ciepły głos, który od razu mnie uspokoił. Przestałem się bać w jednej chwili.
- Kim jesteś?
- To nie jest teraz ważne.
- Dlaczego tu przybyliście: Ty i Twój towarzysz?
- Wkrótce się dowiesz. – Odparł, po czym nagle zmorzyła mnie senność. Próbując pokonać to opanowujące mnie uczucie zdążyłem jeszcze zauważyć, że chłopiec uśmiecha się do mnie jeszcze szerzej i grzebie gałęzią w naszym ognisku.
Obudziłem się o świcie, przerażony. Ogień tlił się jeszcze na palenisku, dołożyłem więc drewna i rozbuchałem płomienie. Po chwili usłyszałem nadbiegających z różnych stron mężczyzn z wioski. Widać było, że wszyscy niedawno się przebudzili. Z ich ust wydobywały się krzyki:
- Gdzie nomadzi?
- Ogień się pali?
- Dlaczego zasnęliśmy?
W istocie. Po wędrowcach nie zostało ani śladu. Wódz, równie przerażony jak reszta wioski, nakazał nam sprawdzić, czy nic nie zginęło i czy wszyscy są cali i zdrowi. Obawiał się szczególnie o ogień. Gdybyśmy utracili nasz płomień, wioska byłaby poważnie zagrożona.
Następne kilka dni przeżyliśmy szczególnie troszcząc się o bezpieczeństwo wioski. Wszędzie wypatrywaliśmy dziwnych obcych, Ci jednak nie pojawili się, więc wszystko mogło wrócić do normy.
Jednak jakieś siedem dni później, kiedy noc była szczególnie ciemna i wszystko tonęło w mroku, a mnie po raz kolejny przyszło być strażnikiem ognia, stała się kolejna dziwna rzecz. Jak wiadomo każda noc niesie za sobą kakofonię tajemniczych dźwięków, wtedy jednak to wszystko ucichło. Gdy zawołałem na towarzyszy z wioski nie usłyszałem ich odpowiedzi, co mnie zaniepokoiło. Lecz zanim zdążyłem wykonać jakiś ruch w którąkolwiek stronę, by sprawdzić, czy mężczyznom nic się nie stało, rozpętał się silny wiatr, który niemal zdmuchnął ogień na palenisku. Trwało to tylko kilka sekund, po czym wiatr ucichł, a ja z przerażeniem spojrzałem w ledwie tlący się żar w ognisku. Jeszcze gorzej się poczułem, uświadamiając sobie, że nigdzie w pobliżu nie ma drewna, by ogień uratować, choć tego samego wieczoru nazbierałem spore jego naręcze.
- Nie bój się. – Usłyszałem znajmy głos. Wydawało mi się, że przemawia do mnie dogasający ogień. Zewsząd znowu dochodziły krzyki ludzi z wioski, nic jednak nie widziałem, patrzyłem więc tylko zafascynowany na ostatnią iskierkę w ognisku, która zamigotała, po czym płomienie pojawiły się równie niespodziewanie, jak znikły. Ogień jednak był znacznie większy niż poprzednio i wiedziałem, że oświetla teraz całą okolicę.
W płomieniach pojawiła się nagle twarz starszego z nomadów.
- Oto narodził się Feniks, a zwiastuje on nadzieję. Nie będzie już wojen między ludźmi, elfami, krasnoludami i innymi nacjami. Zaczyna się Nowa Era. Era Feniksa. Wyjdźcie z ukrycia, pogódźcie się z bliźnimi, zostańcie braćmi i żyjcie dotąd w zgodzie, bowiem Feniks, który odrodził się z popiołów, pozwoli odrodzić się także Wam. Radujcie się, bowiem nastał Czas Odnowy!
Twarz wędrowca znikła, po czym z płomieni wyfrunął niesamowicie piękny ptak o szkarłatno-złotym upierzeniu i smukłej sylwetce. Wzbił się w powietrze, a ciepły powiew jego skrzydeł jakby trafiał do serca, wzbudzając weń uczucia, jakich wcześniej nie znałem i jakich nie znali moi współplemieńcy. Wtedy nie wiedziałem, że to nadzieja. Wtedy nie wiedziałem, że to miłość do innych. Wtedy nie wiedziałem, że naprawdę zaczyna się odbudowa Świata i że wieloletnie wojny właśnie się kończą, że odwieczne spory zostają zażegnane. Nie wiedziałem, że Feniks przeleciał majestatycznie nad całym Światem, godząc ze sobą skłóconych...
Minęło wiele lat od tamtego wydarzenia, a do dziś nie wiem, kim byli owi wędrowcy, którzy zawitali do mojej wioski, gdy miałem zaledwie siedemnaście lat. Do dziś nie wiem czy i do czego wykorzystali ogień naszego paleniska. Wiem jednakże, iż tamte wydarzenia zakończyły trwającą 1500 lat Erę Smoka, a zapoczątkowały Erę Feniksa: Erę, która jak żadna inna rozpoczęła się niesamowitymi wręcz wydarzeniami, które odrodziły nasz Świat i które zapoczątkowały pokój, dobrobyt i szczęście, jakiego nie było od dawna. Jednak to, co wydarzyło się potem, to już całkiem inna historia...

piątek, 1 kwietnia 2011

Ponna Potłuczona

Za górami, za lasami i innymi obiektami geograficznymi, żyła sobie dziewczyna o imieniu Ponna. Miała długie, mocno kręcone włosy i pogodne usposobienie, które pozwalało jej zjednywać sobie ludzi, z którymi się stykała. Wszyscy znali ją jako Ponnę Potłuczoną, bowiem przez swoją lekką fajtułapowatość każdy przedmiot, zrobiony ze szkła i innych kruchych materiałów, w obecności dziewczyny stawał się garstką skorupek i odłamków, nadających się wyłącznie do wyrzucenia.
Ponna była córką znanego wytwórcy porcelanowych zastaw zwanego Tonno oraz siostrą Lonny – miejscowej piękności i jedynej dziedziczki ojcowskiej fortuny. Jasne było, że Ponna nie będzie mogła przejąć rodzinnego biznesu, gdyż jej tendencja do rozbijania wisiała nad nią, niczym żyrandol nad salą balową w królewskim zamku, ale dziewczyna nie przejmowała się tym. W zasadzie nigdy nie lubiła szkła. Może dlatego, że tak często przychodziło jej chodzić z zabandażowanymi dłońmi, bo szklany odłamek ją zranił? Nie ważne. Miała inne zainteresowania i nie zamierzała martwić się tym, że ma w życiu trochę pod górkę. „Kiedyś będzie z górki” – to było motto Ponny, które powtarzała sobie dokładnie trzy razy dziennie.
Pewnego dnia, a był to Doroczny Festiwal Przedsiębiorczych Ważniaków, Ponna miała okazję doświadczyć jednej z tych sytuacji, które mimo swej małości mają wielki wpływ na życie człowieka. Tego bowiem dnia poznała Mężczyznę. I to nie byle jakiego. Był to Bardzo Bogaty, Bardzo Przystojny i Bardzo Przedsiębiorczy jegomość – Hugo Makmillion – który, niestety, zamiast na Ponnę, stojącą przy stoisku z plastikowym asortymentem, będącym niszową alternatywą dla ojcowskiej porcelany, zwrócił uwagę na piękną Lonnę, która już po kilku godzinach przebywania w towarzystwie Huga, była zakochana w nim po uszy.
Ponna z zazdrością patrzyła na szczęście siostry, której Makmillion oświadczył się w ekspresowo szybkim tempie, ku uciesze Tonna, mającego nadzieję na fuzję spółek Porcelana Tonno i Hugo Indartris. Narzeczeni spędzali ze sobą każdy wieczór, patrząc sobie głęboko w oczy i wyznając dozgonną miłość w mało romantycznej (ale zawsze jakiejś) scenerii fabryki porcelany Tonna.
Pewnego wieczoru, a było to dokładnie tydzień przed ślubem, Ponna postanowiła śledzić siostrę i jej narzeczonego. Chciała po prostu móc wyobrazić sobie, że to ona, a nie Lonna, słyszy te czułe słówka, jest głaskana po policzku i całowana namiętnie w usta. Złamała więc zakaz i wkradła się za zakochanymi do fabryki porcelany, co spowodowało kolejny przełom w jej życiu. Przełom, który można nazwać „Wielkim Bum”, ponieważ szklany pech nie opuścił naszej bohaterki nawet na chwilę. Czerwona wstążka, którą Ponna związała włosy, rozplątała się i wpadła w tryby jednej z głównych maszyn produkujących słynne porcelanowe filiżanki Tonna. Tylko cudem uniknięto ofiar w ludziach, ale fabryka niestety eksplodowała, powodując opad szklanych odłamków trwający dobre pół godziny. Oprócz tego, ta pozornie niemogąca wyrządzić szkody wstążka, spowodowała całkowitą plajtę firmy Porcelana Tonno, i sprawiła, że z rekinów biznesu rodzina Ponny stała się ubogą, niemającą środków do życia rodziną szarych obywateli (oszczędności nie mieli, gdyż musieli pokryć koszta wywozu kilkuset ton gruzu, a także koszty sądowe od poszkodowanych pracowników fabryki). Jakby tego było mało, Hugo Makmillion okazał się zimnym draniem i już dzień po katastrofie porzucił Lonnę dla jakiejś innej bogatej panienki. To ostatnie dla Ponny nie było właściwie tragedią. Bardzo nie lubiła, gdy ktoś mocniej niż ludzi kocha pieniądze, ale Lonna nie podzielała jej zdania. Zarówno ona, jak i ojciec znienawidzili Ponnę za złamanie zakazu zbliżania się do fabryki porcelany i zniszczenie jej. Dawni przyjaciele Tonna nagle się od niego odwrócili, skutkiem czego nie mógł znaleźć pracy w branży i musiał zatrudnić się jako sprzedawca w sklepie ze sznurowadłami. Lonna zaś straciła powodzenie u mężczyzn (mimo, że nadal była niezwykle piękna), a że nie umiała robić niczego praktycznego, chcąc nie chcąc musiała towarzyszyć Ponnie w codziennej wyprawie na targ, gdzie dziewczyna promowała i sprzedawała cudem przetrwałe w piwnicy plastikowe pojemniki. Następnie dziewczęta ruszały do karczmy, gdzie polewały piwo „śmierdzącym ochlapusom” i „życiowym nieudacznikom” (tak nazywała klientów Lonna) i sprzątały. Potem wracały na kilka godzin do domu by się wyspać, a od rana znowu ruszały w trasę do pracy.
Mimo tych wszystkich nieszczęść Ponna zachowywała pogodę ducha i chyba najlepiej znosiła zdegradowanie z poziomu „małej księżniczki” do „żebraczki”. „Kiedyś będzie z górki” – powtarzała sobie, cierpliwie wysłuchując stękania Lonny na to, że znowu złamała sobie paznokieć i sarkania ojca, że muszą jeść owsiankę trzy razy dziennie.
Dni mijały jednostajnie i pracowicie. Ponna niewzruszenie promowała dziwne, plastikowe pojemniki, licząc na to, że oprócz kilku stałych nabywców: kolekcjonerów i zwyczajnych wariatów, uda jej się złowić naprawdę gruba rybkę, na przykład jakiegoś przedsiębiorczego inwestora, których chciałby zająć się masową produkcją nietłukliwych miseczek, misek i kubków.
Aż pewnego dnia nastąpił kolejny przełom. Do stoiska Ponny i Lonny podszedł wysoki, niewiele starszy od dziewcząt mężczyzna, który, mimo iż wyglądał bardziej na kujonowatego i prześladowanego w szkole intelektualistę, złożył całkiem sensowną ofertę na zakupienie przez niego całego plastikowego zasobu piwnicy Ponny wraz z zatrudnieniem dziewczyny w dziale promocji jego firmy.
Ponna, początkowo bardzo nieufna, odmówiła chłopakowi aż sześć razy, argumentując to niechęcią wpuszczenia się w maliny. Jednak gdy za siódmym razem chłopak na dowód prawdziwości swych słów złożył jej wszystkie możliwe dokumenty, potwierdzające fakt, że to on jest właścicielem firmy Plastik-Fantastik, Ponna zgodziła się na transakcję. Zgodziła się także na prywatne spotkanie z Albertem (tak miał na imię ów młody przedsiębiorca), który, jak się okazało, od dawna obserwował dziewczynę i był w niej bezgranicznie zakochany. To miłość pozwoliła mu ukończyć studia Inżynierii Oryginalnej i Przedsiębiorczości. To miłość pomogła mu w założeniu firmy. Ponna stała się główną inspiracją i motorem jego działań, dzięki którym został jednym z najlepiej zapowiadających się młodych inżynierów w kraju.
Sama Ponna również zakochała się w Albercie, ale na długo przed tym, jak pokazał jej dokumenty jej firmy. Od razu zauroczył ją ten grzeczny kujonek, na widok którego Lonna prychała szyderczo i któremu rzucała wściekłe spojrzenia. Ponna jednak wiedziała swoje Albert był dobry. I pokochała go od razu, tyle, że chyba nie od razu to sobie uświadomiła.
To, co już jest chyba oczywiste, to koniec tej historii: Ponna wyszła za Alberta, razem z którym świetnie prowadzili plastikowych naczyń. Jako dobra siostra, nasza bohaterka zatrudniła także Lonnę, która stała się twarzą Miseczkowej Kampanii Reklamowej (a dzięki której Lonna poznała także swojego przyszłego męża – fotografa Ludwika). Jeśli zaś chodzi o ojca Ponny – Tonna, to za sprawą wykrycia nieprawidłowości w prowadzeniu sklepu ze sznurowadłami, znalazł on dużo lepszą pracę jako oficer śledczy Miejskiego Departamentu Do Spraw Wykrywania Nieprawidłowości Handlowych. Doczekał się szóstki wnuków i piętnastki prawnuków i umarł szczęśliwie w wieku stu sześciu lat.

sobota, 5 marca 2011

Historia Złych Sióstr Kopciuszka

Wszyscy dobrze wiemy jak wygląda bajka o Kopciuszku. Nie wszyscy jednak znamy tę historię z zupełnie innej strony, o której będzie ta opowieść.
Zaczęło się to dawno, dawno temu, w bliżej nieokreślonym europejskim mieście, gdzie pewna młoda, niepozorna dziewczyna poznała dużo starszego, poważnego mężczyznę, który zakochał się w niej do szaleństwa – z wzajemnością. Szybko wzięli ślub, po którym udali się w kilkuletnią podróż po kontynencie, w czasie której na świat przyszły dwie dziewczynki. Jednej rodzice nadali imię Wenecja, a drugiej Orleana, na cześć miejsc, gdzie zostały poczęte. Życie płynęło miło i niemal beztrosko przez kilkanaście lat, do czasu, gdy ojciec dziewcząt zmarł.
Ponieważ matka – Lady Felicja (tak nazywano ją na salonach) – od czasu ślubu była pod każdym względem zależna od męża, po jego śmierci została zupełnie sama ze wszystkimi sprawami: utrzymaniem majątku, wychowaniem dwóch nastoletnich córek, bywaniem w towarzystwie i tak dalej. Wiele wieczorów spędzała teraz sama w łóżku, gdzie jedyna istotą, do której można było się przytulić, był kot. Brakowało jej męskiego ramienia, na którym mogłaby się oprzeć…
Minęło kilka lat, bardzo gorzkich, aż nadszedł dzień w którym Lady Felicja poznała nieco starszego od siebie wdowca, ojca pięknej dziewczyny, mającego smykałkę do interesów zamożnego finansistę. Od tego momentu życie znów nabrało kolorów: kolejny raz nastąpił szybki ślub, lecz i tym razem nie było jej dane cieszyć się miłością do końca swych dni. Drugi mąż umarł jeszcze szybciej niż pierwszy, zostawiając pod opieką Lady Felicji swoja córkę Kasandrę.
I tu rozpoczyna się właściwa część historii. Kasandra – śliczna dziewczyna o sarnich oczach, tak podobnych do oczu jej ojca, wzbudzała w Lady Felicji uczucie nienawiści silniejsze niż jakiekolwiek miłosne uniesienie. Dziewczyna znienawidzona za to dobre i szczere spojrzenie została zdegradowana w domowej hierarchii do roli kuchty, sprzątaczki i opiekunki ognia w piecyku, przez co w bardzo krótkim czasie przylgnęło do niej przezwisko Kopciuszek. Po kilku tygodniach nikt w domu już nie pamiętał, jak nazywa się córka drugiego męża Lady Felicji.
Przybrane siostry Kopciuszka – Wenecja i Orleana, o ile przed śmiercią ojczyma starały się utrzymać dość obojętny stosunek do dziewczyny, o tyle po tym wydarzeniu zaczęły okazywać jej, co naprawdę do niej czują. Zanim jednak nakreślimy ten aspekt naszej opowieści, należy przywołać kilka faktów z życia dziewcząt. Są to fakty istotne.
Wenecja była starszą siostrą Orleany, wysoką, niemal płaską jak deska dziewczyną o patykowatych nogach i twarzy upodabniającej ją do konia. Miała także wielkie jak pokrywki do garnków dłonie i ogromne stopy. Lista jej talentów obejmowała wszelkiego rodzaju sporty, z biegami na czele, dzięki czemu mogła reprezentować swoją żeńską szkołę w Międzyszkolnych Integracyjnych Zawodach Sportowych, pokonując nawet męskich przeciwników. Czasami na bieżni mylono ją z chłopakami, jednak nikt nie miał odwagi wypowiadać tego głośno, obawiając się jej morderczych pięści, których użyła jeden jedyny raz: gdy znalazł się w jej życiu idiota, który głośno powiedział o niej „Chłopak-koń”. Lekarze nie potrafili nastawić mu nosa, przez co chłopak całe swoje życie oddychając świszczał.
Jeśli zaś chodzi o Orleanę – była zupełnym przeciwieństwem Wenecji. Niska, pulchna, o serdelkowatych nogach i mięsistych paluszkach u rąk. Ubrania dla niej, a w szczególności gorsety, szyte były na miarę, gdyż żaden sklep z bielizną nie dysponował biustonoszem w jej rozmiarze. Orleana lubiła podjadać słodycze, a szczególnie czekoladę, wierząc, że to dzięki niej osiąga tak wybitne wyniki na polu naukowym. Faktem było bowiem to, że młodsza córka Lady Felicji była dumą tej samej żeńskiej szkoły co Wenecja, z powodzeniem prezesując kołu matematycznemu, udzielając się podczas konkursów z chemii i fizyki oraz w rok opanowując biegle trzy języki obce. To jednak nie przysparzało jej popularności. W szkole lubili ją głównie nauczyciele i nieliczni uczniowie jej pokroju, na przykład Tłusta Berta (dziewczyna o podobnych do Orleany gabarytach) czy Wiktoria Wektor (geniusz fizyki).
Nie było więc siostrom łatwo. Jak może dziwić w tym kontekście fakt, że po śmierci ojca Kasandra – posągowa piękność o złotorudych włosach i sarnich oczach, pierwsza ofiara niedostatecznie uzasadnionej nienawiści ich matki, stała się także ofiarą swoich przybranych sióstr? Zarówno Wenecja jak i Orleana, jeszcze przed śmiercią ojczyma zauważyły, że to za Kasandrą oglądają się wszyscy chłopcy ze szkoły męskiej. Kasandra była też miła, uczynna i dobra, przez co wiele osób uśmiechało się do niej, mijając ją na ulicy. Coś, czego siostry same nie doświadczyły przez całe swoje życie.
Tak więc po śmierci ojca Kasandra, nie chroniona płaszczykiem bezpieczeństwa, jakim była miłość jej ojca do Lady Felicji, została w okrutny sposób pozbawiona wszystkiego, co było dla niej ważne: począwszy od małych, ale istotnych dla niej kwestii dóbr materialnych, jak własny pokój czy ładne sukienki, po rzeczy naprawdę duże i kluczowe w jej życiu, jak możliwość uczęszczania do szkoły dla dziewcząt, gdzie kształciła się za życia ojca. Kasandra została Kopciuszkiem i posługaczką swoich, nie ma co ukrywać, szkaradnych sióstr, które będąc dla niej równie okrutne jak zgorzkniała macocha, kompensowały sobie braki w poczuciu własnej wartości. Uśmiech zniknął z twarzy Kasandry, a sarnie oczy teraz zwykle wypełniał smutek.
Mijały tygodnie i miesiące, podczas których Wenecja i Orleana używały sobie na Kasandrze, nie mogąc znieść, że mimo tego smutku na twarzy i potarganych, usmolonych sadzą ubrań, mężczyźni nadal patrzą na ich przybraną siostrę z podziwem. Kasandra jednak nie zauważała tego. Wzrok miała stale wbity w swoje nogi, tak jakby jej kolana były jedynymi przyjaciółmi, jakich miała.

***

Zdarzyło się pewnego dnia, że w mieście ogłoszone zostało, że nie kto inny, jak typowy Książe z Bajki urządza wielki bankiet, na który zaprasza wszystkie wolne dziewczęta z okolicy, by móc odnaleźć wśród nich wybrankę swego serca. Książe – oczywiście – był wysokim, przystojnym brunetem, który jednym spojrzeniem swoich pięknych oczu (w których czaiła się inteligencja i nieziemski urok osobisty) wprawiał w drżenie wiele dziewczęcych serc w mieście. Wenecja i Orleana również należały do grona jego fanek, piszczących każdego dnia na coraz bardziej nieznośnej dla uszu częstotliwości, w miarę jak zbliżał się bankiet. Lady Felicja musiała zakupić sobie zatyczki, by ograniczyć niszczycielskie działanie strun głosowych córek, które zdawały się być ogłupiałe z tej niemal psychopatycznej miłości. Kopciuszek wiele razy zbierał łupiny filiżanek, które pękły pod wpływem wibracji dźwiękowych wydawanych przez siostry.
Dziewczęta istotnie oszalały na punkcie Księcia. Gdyby zmierzyć poziom endorfiny w ich mózgu, dawno przekroczył on już stan podwyższony - zbliżał się do granicy zmieniającej mózg w papkę o konsystencji kisielu. Dziewczyny w tym amoku kupowały sukienki, wdzięcząc się potem przez lustrem, tapirowały i układały włosy w coraz to dziwniejsze fryzury, zastanawiając się jednocześnie, jak zatuszować swoje liczne niedoskonałości. Wenecja kupiła sobie specjalne czarne rękawiczki i dwa numery za małe buty oraz gorset push-up, a Orleana nadszarpnęła wręcz bezczelnie sporą cześć swych oszczędności na korygujące body i buty na tytanowym obcasie. Kasandrę cieszyło to całe zwariowanie w domu. Pierwszy raz od dawna nikt się jej nie czepiał o byle co.
Nadszedł w końcu długo oczekiwany wieczór balu. Wenecja i Orleana przypomniały sobie nagle, że istnieje ktoś taki jak Kasandra i zmusiły dziewczynę do pomocy przy przygotowaniach na bal, co pięć minut rzucając kąśliwe uwagi i aluzje. Dziś szczególnie rozkoszowała je możliwość dokuczania przybranej siostrze. Matka również wybierała się na bal, polecając Kasandrze wykonać wiele prac domowych, z zainstalowaniem nowego kranu włącznie. Było jasne, że dziewczyna na bal nie pójdzie. Nie będzie więc odwracać uwagi Księcia od Wenecji i Orleany, które – po gruntownym przepoczwarzeniu się za pomocą wszelkich możliwych środków – można było uznać za interesujące fizycznie dziewczyny.
Gdy hetery w końcu ruszyły na bal, Kasandra zabrała się za porządkowanie domu, wzdychając ciężko, a z oczu popłynęła jej pierwsza od śmierci ojca kryształowa łza, która następnie zamieniła się w dobrą wróżkę.
Wszyscy wiemy, jak to było dalej z perspektywy Kopciuszka. Jest to jednak historia jego złych sióstr, ruszmy więc za nimi na bal.
Po przebyciu drogi Wenecja i Orleana miały wreszcie okazję doświadczyć, czym jest męskie zainteresowanie. Wachlując się nieco zbyt energicznie, chichotały nerwowo na widok przyjaciół Księcia, uśmiechających się do nich i puszczających nieliczne, acz znaczące, perskie oczka. Obie spłonęły krwistoczerwonym rumieńcem, gdy sam Książe podszedł do nich i przywitał się. Następnie pokłóciły się o to, z którą rozmawiał dłużej i na którą spojrzał przychylniej (tak naprawdę patrzył tak samo krótko i tak samo niewiele się do nich odezwał) – efektem czego Orleana oberwała wachlarzem Wenecji prosto w czoło. Ta druga bliska była doznania poważnej kontuzji za sprawą buta Orleany, jednak w tym samym momencie na sali nastąpiło wielkie poruszenie. Do rezydencji Księcia weszła ONA. Wszystkim opadły szczęki ze zdumienia, mężczyznom i kobietom. Wenecja i Orleana zastygły w swoich bojowych pozach, a ich miny były co najmniej głupie. Przez salę przetoczył się szum, a Książe, akurat stojący na środku, nie potrafił oderwać wzroku od Nieznajomej (i vice versa). Zagrała muzyka i Obiekt Kobiecego Pożądania poprosił Piękną Nieznajomą do tańca. Wyglądali naprawdę prześlicznie. On – w eleganckim garniturze, z czarnymi włosami przygładzonymi pomadą, i Ona – w niesamowicie złotej sukni, mieniącej się przy każdym ruchu, ze złotorudymi włosami spiętymi w kok, z radośnie błyszczącymi sarnimi oczami.
Wenecja i Orleana, po wyjściu z pierwszego szoku, znów poczuły się brzydkie i zazdrosne. Kim jest ta dziewucha? Dlaczego ON tak na nią patrzy, takim wzrokiem przywodzącym na myśl masło topiące się na gorących pierogach? Skąd ona ma taką sukienkę? – zastanawiały się. Po kilkunastu minutach, gdy taniec trwał, bystry umysł Orleany zrozumiał, że Książe się zakochał. Po kolejnych kilkudziesięciu, podczas których siostry wymieniły serię wężowych syków na temat dziewczyny, Wenecja doświadczyła niebiańskiego olśnienia. Uświadomiła sobie bowiem, że Nieznajoma to przecież ta sama osoba, co ich przybrana siostra zwana Kopciuszkiem. Nim jednak zdążyła ją zdemaskować, zaczął bić dzwon obwieszczający północ i na sali nastąpiło kolejne poruszenie. Dziewczyna w złotej sukni ulotniła się tak szybko, że Książe nie miał szans jej dogonić. Został po niej tylko szklany pantofelek…
Kolejne godziny bankietu upłynęły pod znakiem rozmów o Nieznajomej. Gdy tylko opadł pierwszy szok po jej zniknięciu, Wenecja podzieliła się z matką i siostrą swym podejrzeniem. Lady Felicja zarządziła natychmiastowy powrót do domu. Przykazała córkom zachowywać się tak, jakby w ogóle nie domyślały się prawdy.  Nie chciała wierzyć, że ta dziewucha, jej przybrana córka, porzuciła prace domowe na rzecz balu, ale wierzyła, że dzieją się rzeczy, których nawet ona sama nie potrafi wyjaśnić. Ot, taka miłość na przykład. Coś na rodzaj magii. Może dzięki magii Kopciuszek znalazła się na balu?
Lady Felicja nie mogła dłużej się nad tym zastanawiać. Wraz z córkami weszła do domu, który był wysprzątany jak nigdy. Nawet kran nie kapał! Kopciuszek siedział przy popielniku, wbijając wzrok w żar, a na jego twarzy czaił się ledwie widoczny rumieniec. Wenecja i Orleana zaczęły paplać o Nieznajomej, chcąc sprawdzić jak zareaguje Kasandra, nie zauważyły jednak nic podejrzanego.
Następnego dnia Książe z Bajki obwieścił wszem i wobec, że odnajdzie właścicielkę szklanego pantofelka, po czym się z nią ożeni. Wenecja i Orleana wpadły w panikę. Książe nie może znaleźć ich przybranej siostry! Książe musi ożenić się z jedną z nich! Pokierowane wszystkimi najpodlejszymi uczuciami wyszarpały zdezorientowanego Kopciuszka z kuchni i zamknęły go w komórce na miotły. Następnie zaś rozpoczęły przygotowania do przybycia Księcia. Po raz kolejny dokonały metamorfozy swojego wizerunku, by wydawać się bardziej interesujące i czekały.
Książe wkrótce zawitał do ich drzwi. Wraz ze swoimi wiernymi druhami dawał do przymierzenia pantofelek każdej odwiedzanej dziewczynie. Tak było też w przypadku naszych bohaterek. Przymiarkę zaczęła Orleana, która próbując wcisnąć bucik na swoją platfusowatą stopę nieomal go rozbiła. Po dziesięciu minutach łkań, że „stopy jej spuchły” musiała się poddać. Przyszła kolej na Wenecję, która już wcześniej owinęła swoje kajaki bandażem uciskowym, co też oczywiście nic nie dało. Zrezygnowany, choć niekoniecznie rozczarowany Książe zapytał, czy w tym domu mieszka jeszcze jakaś młoda dziewczyna. Od sióstr usłyszał tylko stanowcze „nie” i już miał wychodzić, jednak usłyszał dziwne stukanie dochodzące zza drzwi komórki na miotły, co go bardzo zaintrygowało. Kazał otworzyć drzwi pomieszczenia, ale Wenecja ani Orleana tego nie zrobiły, więc sam przekręcił kluczyk w zamku (zostawiony nieopatrznie przez którąś z sióstr na widoku) i jego oczom ukazała się dziewczyna umazana popiołem, z pajęczyną w złotorudych włosach.
Oczy Kopciuszka i Księcia zabłyszczały znacząco. Wenecja jęknęła przeciągle, a Orleana głośno wciągnęła powietrze. Lady Felicja przyglądała się całej scenie bez słowa. Książe dał przymierzyć bucik Kopciuszkowi, no a potem…
Wiecie, co było potem.
Historia Wenecji i Orleany jest jednak w dalszym ciągu nieznana, więc warto ją przedstawić. Choć niedobre były z nich siostry – znalazły szczęście. Długo musiały na nie czekać, ale w końcu przyszło – niespodziewanie i raczej niekonwencjonalnie...
Ponieważ głównym wątkiem bajki o Kopciuszku jest miłość, w tej wersji też tak będzie. Wenecja spotkała ją na bieżni, po raz kolejny doznając bliskiego kontaktu pięść-twarz i łamiąc nos mężczyźnie, który podobnie jak pierwszy idiota, ośmielił się nazwać ją koniem. Tyle, że nazwał ją tak w kontekście jej majestatycznego biegu, co wytłumaczył jej już później, gdy doszedł do siebie (powiedział, że Wenecja jest dostojna i dumna i przeprosił ją za to, że wszystko co takie jest kojarzy mu się z końmi, czym zauroczył biegaczkę).
Jeśli zaś idzie o Orleanę – miłość odnalazła za sprawą swego przysmaku. Dzięki swoim licznym sukcesom na polu chemii dostała się do zespołu badawczego, opracowującego nowatorską formę czekolady: słodką, acz nie psującą zębów i nietuczącą tabliczkę, rozpływająca się rozkosznie w ustach. Wspólna praca z jednym z naukowców zaowocowała nie tylko produktem spożywczym, ale i wielkim, gorącym uczuciem.
Siostry, mimo swej nietypowej urody, potwierdziły znaną wszem i wobec tezę „Każda potwora znajdzie swego amatora”. I wszystko skończyło się dobrze!

środa, 23 lutego 2011

Blablabluranie (opowiadanie obozowe)

Na początku było ble-ble-bla-bla.
Tymi „słowami” zaczęła się moja znajomość z NIMI.
Po prostu zablablali do mnie w tym ich dziwnym, zupełnie niezrozumiałym języku.
To właśnie zapoczątkowało moją fascynację Nimi. Nazwałam ich Blablabluranami albo plemieniem Bla-bla, gdyż posługiwali się wyłącznie tym dziwnym bełkotem we wszystkich możliwych intonacjach i akcentach. Poznając ich coraz bliżej, zauroczenie nimi rosło.
Byli dziwni, a na ten epitet w ich przypadku składało się wiele rzeczy.
Przede wszystkim ustrój polityczny, który można nazwać brakiem ustroju – anarchią. Byli grupą, ale nie mieli przywódcy. Podejmowanie decyzji zawsze przychodziło im z trudnością, lecz mimo to jakoś się dogadywali. Albo raczej doblablablywali, jeśli można użyć takiego słowa.
Spotkałam ich nad morzem, gdzie mieli swoją tymczasową siedzibę w szkole, odseparowani od uczniów, którzy dosłownie za ścianą odbywali swoje lekcje. Żyli w okrutnym bałaganie, pośród toreb podróżnych i plecaków, gór śmieci i niezmytych naczyń. Domyśliłam się, że są koczownikami, którym nie przeszkadza bałagan – ba, są nawet do niego przyzwyczajeni. Było to na swój sposób urocze, a moje dociekania, dlaczego ów bałagan istnieje, szybko odnalazły odpowiedź: oni po prostu lubili się bawić i mieli słabość do dobrego jedzenia. Plemię Bla-bla przyjęło mnie jak swojego i mimo tego, że nie rozumiałam ani słowa z tego, co do mnie mówią, czułam się jedną z nich.
Byli dziwni również dlatego, że bali się dzieci. Z lekką trwogą reagowali na piski dochodzące z sali gimnastycznej, a bezpośredni kontakt wywoływał u nich odruch zbicia się w grupę. Trochę jak lemingi, które migrują wspólnie nad morskie klify, a potem skaczą w otchłań pod naporem współbraci z tyłu, Blablabluranie weszli pewnego dnia w czynny kontakt z Dziećmi. Okazało się, że ich strach był niepotrzebny. Doskonale dali sobie radę ze zmorą, która prześladowała ich od dnia, kiedy zamieszkali w szkole.
Jeśli istniało w ich świecie jakieś bóstwo, to był nim niewątpliwie czajnik, którego używali z nabożną czcią, produkując sobie hektolitry herbaty i zupek w proszku. Jednego dnia czajnik zniknął, budząc coś na kształt paniki wśród Blablabluran, którzy przeszukali całą szkołę (oczywiście nocą), by odszukać ową cenną relikwię. Czajnik odnalazł się, co uczciliśmy nie czym innym, ja tradycyjną, blablablurańską herbatą.
Bywałam również z Blablabluranami na plaży, którą przeszukiwali w poszukiwaniu czegoś. Czego? Miałam dowiedzieć się tego później, o czym opowiem na końcu tej historii.
Wyprawy te również były trochę magiczne: prawie każdy z nich zbierał jakieś przedmioty, rzucone przez morze: kamienie, patyki, muszelki. Upodobali sobie także odblaskowe, kłujące w oczy kolorem zabawki plażowe, których zebrali cały worek. Wtedy również zdobyli grzyby, które posłużyły nam za suty posiłek, spożyty potem wspólnie.
Nie było mi dane długo przebywać z Blablabluranami. Chyba mieli jakąś misję do spełnienia, na którą składały się między innymi te wyżej opisane rzeczy. Wędrówki, wspólne blablanie i poszukiwania miały jakiś jeden cel. Im bliżej było dnia rozstania, tym mocniej dało się odczuć napięcie ogarniające plemię. Jedni znikali na całe dnie, a inni budowali, muzykowali, skrobali coś w małych notesach, porzuconych coś między zmiętymi ubraniami.
Pewnego wieczora, ni stąd ni zowąd, plemię zdziczało. Hałas wydawany przez nich na codzień był znośny, lecz tamtej nocy, napawał strachem i przerażeniem okolicznych mieszkańców.
Właśnie dlatego musieli odejść, a nastąpiło to w dniu, kiedy stały się jasne powody, dla których Blablabluranie ruszali na plażę i do lasu.
Tego ostatniego dnia ja również poszłam z nimi.
Gdy ujrzeliśmy wiatr dmący w dziwną konstrukcję, którą zbudowali na klifie – ruszyliśmy. Prowadziła nas mapa, którą trzymała jedna z Blablabluranek.
Minąwszy pnie drzew ubrane w liście i kamienny obelisk w kształcie piramidy, dotarliśmy nad rzekę, gdzie już czekała tratwa, obwieszona tymi samymi plażowymi zabawkami, które znaleźliśmy wspólnie na plaży, z suknią na dziobnie, która chyba miała służyć za ozdobę tego przedziwnego, rozklekotanego wehikułu. Gdy zagrała muzyka i zadzwoniły dzwoneczki ze szkiełek, Blablabluranie wypuścili latawiec, jako dodatkowy napęd dla tratwy.
Wsiedli na swój statek w pośpiechu, jakby obawiali się nagonki ze strony przerażonych nimi tubylców i odpłynęli z wiatrem z horyzont.
Nie wiem, czy osiągnęli swój cel i czy dotarli do jakiejś innej krainy, ale te kilka dni z nimi, było najbardziej inspirującymi chwilami tych wakacji.