Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DKK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DKK. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 września 2013

Córka generała

Moje ostatnie doświadczenie literackie p.t. "Towarzyszka panienka" przywiodło mi na myśl powiedzenie, które gdzieś kiedyś przeczytałam - nie wiem gdzie i nie wiem kiedy, ale zapamiętałam je, chyba dla momentów takie jak lektura tejże książki. Powiedzenie to brzmi Nie oceniaj ludzi po ich rodzinie. W odniesieniu do Moniki Jaruzelskiej - córki generała Wojciecha Jaruzelskiego, to zdanie nabiera dla mnie jeszcze większego znaczenia, niż miało dotychczas. Bo to właśnie Monika Jaruzelska jest autorką lektury, która rozbawiła mnie niemal do łez i skłoniła do kilku poważniejszych refleksji.
Właściwie nigdy jakoś głęboko nie przeżywałam wprowadzenia stanu wojennego. Generał Jaruzelski był dla mnie tak samo ekscytująca postacią, jak obecna kanclerz Niemiec czy ktoś w tym stylu. Może to dlatego, że urodziłam się w 1987 roku i nie mogę pamiętać 13 grudnia 1982. Nie przeżyłam też zbyt wielu PRL-owskich absurdów (albo przynajmniej tego nie pamiętam). Nie za bardzo więc miałam okazję czy nawet chciałam "oceniać" generała, a zwłaszcza jego córkę, o której istnieniu dowiedziałam się dopiero otrzymując jej książkę do przeczytania. Byłam jednak ciekawa co osoba - skądinąd jedna z najbliższych - napisze o sławnym komunistycznym przywódcy. Z mojego studenckiego życia pozostał mi też sentyment do imprez stylizowanych na PRL-owskie (jeśli już szukać jakiegoś związku z generałem), więc z ochota zabrałam się za czytanie. I nie zawiodłam się!
Pani Monika w książce opisuje scenki ze swojego życia: począwszy od lat najmłodszych, a skończywszy ma najświeższych anegdotkach. Robi to w bardzo zabawny, czasem wręcz autoironiczny, a przede wszystkim inteligentny sposób. Najśmieszniejsze są oczywiście epizody związane z dzieciństwem, zarówno Jaruzelskiej, jak i jej synka Gucia, oraz anegdoty z czasów studenckich. Jak to w życiu bywa - jest również poważnie: pojawiają się wspomnienia dotyczące osób, z którymi autorka "Towarzyszki..." miała kontakt, wątki polityczne, kulturalne i społeczne. Wszystko to w formie mini-rozdziałów, przeplatanych co jakiś czas zdjęciami z prywatnego archiwum Moniki Jaruzelskiej.
Książkę czyta się bardzo przyjemnie. Pani Jaruzelska nie narzuca jakiegoś konkretnego toku myślenia na jakikolwiek temat. Powiedziałabym raczej, że konsekwentnie i z odwagą dzieli się swoim zdaniem, nie zmuszając nas do opowiadania się "za" lub "przeciw" jakimś poglądom. Bardzo dobrze zresztą wyraża to w kilku ostatnich zdaniach książki, pisząc: Zawsze byłam przez kogoś oceniana. A sama uważam, że nie mam prawa oceniać. Mam potrzebę stawiać pytania i dać możliwość udzielania odpowiedzi. Myślę, że taka zdolność jest w ogóle kluczem do zrozumienia ludzi, polityki i świata. Dlaczego - oto najważniejsze z pytań. I w tej kwestii zgadzam się z nią całkowicie.


sobota, 23 marca 2013

Bieszczadzki kicz

Książka "Requiem dla wilka" od samego początku wydawała mi się dziwna i może gwoli wstępu powinnam wyjaśnić, dlaczego w ogóle ją przeczytałam. Otóż Klub Książki "Helikon", do którego należę już od kilku lat właśnie został włączony w zacne grono DKK Instytutu Książki i pierwszą naszą lekturą w ramach uczestnictwa w tej "spółce", to właśnie ta nieco ponuro zatytułowana powieść Marii Nurowskiej...
Dlaczego uznałam już na wstępie, że nie jest to powieść, po którą sięgnęłabym bez sugestii? Ano chyba przez fakt, że sama zapowiedź na okładce jakoś specjalnie mnie nie zaintrygowała. Przyznam też, że twórczość Nurowskiej nie była mi dotąd znana - owszem, obiło mi się o uszy jej nazwisko, ale tylko tyle. Książkę przeczytałam więc nieco z obowiązku.
"Requiem..." to powieść o młodej absolwentce łódzkiej Filmówki - Joannie, która postanawia wyjechać w Bieszczady, aby spotkać się tam ze swoim idolem - sławnym reżyserem Jerzym Glinickim, aby nakręcić o nim film dokumentalny. Dumny artysta nie zgadza się jednak na udział w tym projekcie, czym mimo wszystko nie niszczy zamiarów Joanny, jeśli chodzi o tworzenie. Nieoczekiwanie kobieta znajduje nowy, wydaje się że nawet ciekawszy temat i poświęca się pracy nad nim bez reszty. Zwraca tym uwagę nieprzychylnego jej dotąd mistrza Glinickiego, z którym wkrótce łączy ją specyficzna więź. W miarę rozwoju fabuły dochodzą także inne wątki, które możecie już sami sobie doczytać, jeśli zaintrygował Was ten wpis...
Moje wrażenia, zarówno w trakcie czytania, jak i po, przybierały rożne kolory. Początkowo książka jest nasycona szarością i ponurym klimatem - i to w tej niepowtarzalnej, ewidentnie polskiej formie. W miarę rozwoju akcji szarość Bieszczad, szarość chaty na wzgórzu, szarość codzienności, przeradza się - może nagle, może stopniowo - w radośnie kiczowate połączenie kolorystyczne, którego nie da się jednoznacznie opisać. Kryminał, którego można oczekiwać po pierwszych kilkudziesięciu stronach zmienia się w opowieść, gdzie słodycz zakochania miesza się z cierpka zazdrością. Akcja toczy się coraz szybciej, bohaterka - która na początku zdaje się być stabilna psychicznie i emocjonalnie, chyba przez fakt zamieszkania w lesie i obecność dwóch osobników płci męskiej, traci swoje opanowanie i pewną wiarygodność. Wszystko to sprawia, że ja ostatecznie zamknęłam książkę lekko zirytowana. Nie polubiłam Joanny Pasiecznej. Marii Nurowskiej też chyba nie, choć autorka pisze bardzo lekko. Ostatecznie jednak w "Requiem dla wilka" najlepsze wrażenie robi okładka. Nic więcej.

sobota, 29 grudnia 2012

Domowy dramat

Wydawać by się mogło, że książka, której tematem jest przemoc w rodzinie będzie łatwa do przedstawienia i opisania. Pozory jednak mylą, o czym przekonałam się w ciągu ostatnich kilku dni. Powieść Małgorzaty Wardy "Dziewczynka, która widziała zbyt wiele" zaczęłam w poniedziałkowy poranek, skończyłam we wtorek wieczór. Kilka kolejnych dni spędziłam na myśleniu, jak najlepiej ubrać w słowa to, co czułam czytając ją.
Powieść porusza trudny temat - taki, o którym zwykło nie mawiać się głośno, do czasu, aż nie zajmą się tym media. Bo niby czemu "w takiej dobrej rodzinie" jak Budziszowie (bohaterowie powieści) miałoby się dziać coś tak okropnego, jak przemoc fizyczna i znęcanie się nad dziećmi - również psychiczne? Tak jest właśnie w wypadku Aarona i Anny - oczami których przedstawiona jest ta historia. Oddani pod opiekę ciotki, zostają jednocześnie narażeni na utratę dziecięcej beztroski i spokoju. Mają tylko siebie nawzajem, ale czy to wystarczy, żeby przetrwać koszmar zgotowany przez bliskich? Czy będą mogą zapomnieć o złych wspomnieniach?
"Dziewczynka, która widziała zbyt wiele" wzbudza skrajne emocje. Nie mam jeszcze własnych dzieci, ale wstrętem i oburzeniem napełniały mnie opisy dramatów rodzeństwa, złość wywoływała obłuda i zakłamanie dorosłych i niekiedy też zupełny brak zainteresowania sprawami dzieci. Książka jest jednak ważna nie tylko jako pozycja literacka, ale przede wszystkim przez fakt, że uczula na sprawy innych ludzi. Nie powinniśmy być obojętni na cierpienie drugiego człowieka - to jej najważniejsze przesłanie, o którym nie możemy zapominać. Jeśli zapomnimy, takich historii w przyszłości może być więcej. By tak się nie stało sięgnijcie po powieść pani Wardy. Skłania do przemyśleń.

piątek, 30 listopada 2012

Misja podwójne życie

Pierwsze skojarzenia ze słowem "agent"? Agent Tomek, choć przyznam szczerze, że nie mam pojęcia o co chodzi z tą historią... James Bond? Jestem już bliżej tematyki najnowszej powieści Manueli Gretkowskiej, choć to, co autorka opisuje w niemal stu procentach odbiega od stereotypowego (no i bondowskiego) postrzegania agenta...
Książka Gretkowskiej rozgrywa się pomiędzy dwoma światami: chrześcijańskim i żydowskim (albo też polskim i izraelskim, jak kto woli). Głównym bohaterem jest Szymon - zamożny przedsiębiorca, właściciel zakładu produkującego ozdoby choinkowe. Mąż Hanny, Ojciec Miriam, Żyd. Kochanek Doroty, Ojciec Dawida. Wreszcie - Agent.
Niemal od samego początku w powieści wyraźnie rysuje się problematyka żydowska - poczucie odrębności, inności, bycia trochę odstającą od reszty świata społecznością, która przez wieki została nastygmatyzowana i w pewnym sensie odrzucona. Drugim problemem - może nawet ważniejszym niż pierwszy - jest "agentura" Szymona, który aby żyć w dwóch światach, każdym na swój sposób ukochanym, decyduje się kłamać i oszukiwać najważniejsze dla siebie kobiety. Ta historia, jak łatwo się domyślić, nie ma szans na szczęśliwe zakończenie. Mimo wszystko warto ją poznać i doczytać do ostatniej strony. Manuela Gretkowska zgrabnie i inteligentnie buduje fabułę, sprawiając, że "Agent" to wciągająca lektura.

poniedziałek, 17 września 2012

O plastyczności czasu

Czym jest czas? Zadając sobie to pytanie i szukając na nie odpowiedzi stwierdzam, że nie umiem odpowiedzieć na nie w satysfakcjonujący dla siebie sposób. Czas jest czymś trwałym, bo jest stale i czymś przemijającym, a jego przemijanie zależne jest od wielu czynników. "Wystarczy drobna przyjemność czy nieznaczny ból, by uświadomić nam plastyczność czasu" - tak napisał autor powieści, którą przeczytałam w ostatni weekend. "Poczucie kresu" Juliana Barnesa, właśnie o tym traktuje: o czasie, przemijaniu i decyzjach, które w danej chwili wydają się nam właściwe, po latach jednak okazują się błędne lub brzemienne w skutkach. Takie właśnie były decyzje głównego bohatera: pozornie niewinne i nic nieznaczące, jednak w perspektywie czasu kluczowe dla całej fabuły powieści.
"Poczucie kresu" to historia w której narratorem jest Anthony Webster - sześćdziesięcioparolatek, wspominający swoją młodość, kiedy to do grona jego przyjaciół dołączył nieprzeciętnie inteligentny Adrian Finn. Pewnego dnia, z nieznanych dla Tony'ego przyczyn, Adrian popełnia samobójstwo, podcinając sobie żyły w wannie.
Po latach Tony otrzymuje list, w którym zawiadamia się go o postępowaniu spadkowym, w którym sprawą jest pewna suma pieniędzy i dziennik Adriana. Co ma z tym wspólnego dawna dziewczyna sędziwego już pana Webstera i jego dawne poczynania? Jak skończy się ta pozornie niewinna historia?
Opowieść, wydawać by się mogło, prosta i nieciekawa, jest tak naprawdę majstersztykiem kryjącym tajemnicę, która autor odkrywa przed nami dopiero na samym końcu (a która mnie osobiście zszokowała). Mimo tego, że może wydawać się statyczna, "Poczucie kresu" ma w sobie coś, co sprawia, że powieść jest dynamiczna i porywająca. Może tym czymś jest czas? Nie wiem. Wiem, że naprawdę warto sięgnąć po tą książkę!

poniedziałek, 21 maja 2012

Zabójcze zamieszanie

Minęło już kilka dni od kiedy skończyłam czytać pewien kryminał, który wywarł na mnie dość duże wrażenie. I chyba właśnie te dni miały minąć, bym mogła ze spokojem napisać coś rozsądnego, a nie naładowanego emocjami. Dodam, że są to emocje raczej negatywne.
"Śmierć na śniegu" Konrada Staszewskiego to powieść w której głównym bohaterem jest mieszkający w Katowicach Krystian Rokicki. Już na samym początku książki zostaje on wplątany w morderstwo czarnoskórego mężczyzny - nie pamięta jak i dlaczego znalazł się na miejscu zbrodni, jednak wierzy w swoją niewinność, której za wszelką cenę chce dociec. Zanim jednak uda mu się dopaść sprawców sytuacji, w jakiej się znalazł, przyjdzie mu przeżyć kilka groźnych i nieprzyjemnych sytuacji, ale nie tylko...
Przyznam, że skończyłam książkę z musu. Nie podobała mi się w ogóle i to z kilku powodów. Po pierwsze jest przeładowana drobnymi wątkami, które zebrane w całość tworzą chaos i wrażenie, że autor po prostu przedobrzył. Książka bywa też melodramatyczna, a wartką akcję tworzą głównie szybko zmieniające się humory głównego bohatera, jak i jego uczucia do kobiet, w związku z którymi mam kolejną uwagę. Mianowicie na podstawie tej książki można odnieść wrażenie, że świat składa się z samych dziwek: czy to z zawodu, czy z zachowań. Każde spotkanie damsko-męskie ma tu również podtekst erotyczny, co owszem - jest fajne, ale bez przesady. Ostatnią irytująca mnie rzeczą była narastająca z każdą stroną myśl, że cała powieściowa intryga jest naciągana i mało realistyczna - jakoś mi to wszystko nie pasowało do polskiej rzeczywistości. Dobiłam więc do ostatniej strony z prawdziwą ulgą, że to już koniec tej historii.

czwartek, 3 maja 2012

Nietypowa przysięga

Samobójstwo to niezbyt radosny temat - z tym zdaniem zgodzi się chyba każdy, niezależnie od tego, w jakim jest nastroju i jakie ma podejście do życia. Przeczytałam już co najmniej kilka książek, w których bohaterowie odbierali sobie życie, jednak "Dziennik samobójców" Błażeja Przygodzkiego już od samego początku jeśli nie był dla mnie dziwny, to z pewnością nietypowy.
Powieść zaczyna się od przedziwnej wizji Koksa - głównego bohatera, który śniąc o dążeniu przez ciemny tunel do przysłowiowego "światełka" trafia na... białego goryla! Jednak nie surrealistyczne wizje są meritum tej lektury, a samobójcza przysięga, którą główny bohater złożył wraz z przyjaciółmi w młodzieńczych czasach. Niby głupie gadanie, a jednak na kilka dni przed umówionym terminem Koks otrzymuje zaproszenie na "samobójcze party", na którym pojawić ma się również reszta zgranej paczki. Koks - na poły niedowierzający, na poły przerażony - zaczyna robić bilans życiowych zysków i strat. Niezdecydowany, czy chce pozbawić się życia, trafia w końcu na przyjęcie, od którego wypadki rozwijają się w jeszcze szybszym tempie. Jak to się wszystko skończy? Powiem jedynie, że zaskakująco i dlatego warto sięgnąć po "Dziennik..." wydany w szarej, niepozornej okładce.
Powieść Przygodzkiego napisana jest bardzo żywym, dowcipnym językiem. Roi się w niej od ironii i chłodnego dystansu do świata, Polska wydaje się szara i smutna, a bohaterowie rozczarowani swoim życiem... To wszystko w połączeniu tworzy jednak bardzo wciągającą fabułę. Polecam!

poniedziałek, 12 marca 2012

Kryminał z życia wzięty

Kaya Mirecka-Ploss - kobieta, której nazwisko jest mi znane od dobrych kilku lat, nie tyle za sprawą jej książek, co działalności społecznej. Pośród wielu inicjatyw, jakie zrealizowała na przestrzeni swego życia, zarówno w Polsce, jak i Ameryce, jedna z nich jest mi szczególnie bliska: założenie Fundacji "Dzieci Śląska", której siedziba znajduje się w miejscowości, gdzie jest mój dom. Mówię tu o Nakle Śląskim. Tam też stoi szkoła podstawowa, do której chodziłam, a ochrzczona na cześć pisarki jej imieniem. W Nakle rozgrywa się również akcja pierwszej powieści Mireckiej pt. "Droga przez most". To wszystko składa się na szczególne miejsce tej osoby w moim sercu, która, choć nigdy nie poznałam jej osobiście, jest mi w jakiś sposób bliska.
W niedzielny wieczór skończyłam czytanie najnowszego dzieła pisarki, wydanego przez Świat Książki. "Kobieta, która widziała za dużo" jest powieścią opartą na prawdziwych zdarzeniach, rozgrywających się ponad 30 lat temu w Waszyngtonie, kiedy to pani Kaya wraz z ówczesnym mężem Sidneyem Plossem musiała przeprowadzić się do nowego domu. Wkrótce dochodzi do morderstwa dwojga młodych ludzi, które pani Kaya w i d z i, mimo, iż znajduje się daleko od miejsca zbrodni. Wszystko za sprawą swego niezwykłego daru. Z zabójstwem Alana i Donny jest powiązany Richard Lee Earman - agent nieruchomości, który sprzedał pani Mireckiej dom. Rozpoczyna się proces, a także cała seria trzymających w napięciu wydarzeń i zwrotów akcji, które zdominowały życie pisarki na dwa lata... Jak skończy się ta historia? By się dowiedzieć, trzeba koniecznie przeczytać powieść Mireckiej-Ploss.
"Kobieta, która widziała za dużo" to nie tylko kryminał psychologiczny, ale także zapis autentycznej historii z życia. Mnie osobiście ciężko było uwierzyć, że takie rzeczy mogły się przydarzyć naprawdę osobie, która jest mi znana i, przez wzgląd na dzieciństwo spędzone w Nakle, bliska. Wszystko to jednak prawda. Tym bardziej więc należy podziwiać autorkę za odwagę, jaką się wykazała, stając twarzą w twarz z płatnym mordercą i okrutnym gangiem wyłudzającym pieniądze. Kolejną ważną rzeczą ukazaną w książce, są zapisy historii, rozgrywających się w czasie wojny oraz komunizmu - historie, które ukształtowały życie i charakter pani Kai Mireckiej - kobiety, która nie bała się walczyć o własne szczęście.

niedziela, 26 lutego 2012

O płomiennym uczuciu pewnej guwernantki

Do czego zdolna jest kobieta by zdobyć serce upragnionego mężczyzny? To pytanie zadają sobie od wieków filozofowie, poeci, naukowcy, filmowcy oraz zwyczajni ludzie. Wśród wymienionego przeze mnie grona z pewnością jest również niemiecka pisarka Esther Vilar - autorka fenomenalnej powieści "Siedem pożarów Mademoiselle", którą jednym tchem przeczytałam w ten weekend.
Jest to opowieść o francuskiej guwernantce - Catherine Loucheron, opiekującej się córką argentyńskiego dyplomaty - Carlotą Linares. Mademoiselle jest kobietą niezwykłej urody, za którą szaleją wszyscy mężczyźni, ona jednak nie zważa na ich awanse, co jeszcze bardziej rozbudza ich pożądanie. Wszystko zmienia się w chwili, gdy podczas bożonarodzeniowej kolacji w płomieniach staje choinka Linaresów, a do ich domu przyjeżdża ekipa miejscowych strażaków z niepozornym Nickiem Kowalskim na czele. W jednym momencie zmienia się życie zarówno guwernantki, jak i jej podopiecznej. Bowiem Mademoiselle zakochuje się w łysiejącym dowódcy straży, który zdaje się w ogóle nie reagować na urodę i wdzięk młodej Francuzki. Co więc zrobić, by zdobyć ukochanego? Intryga, jaką ukuwa kobieta wraz z Carlotą zdziwi niejednego wielbiciela literatury!
Czytając tę książkę nie mogłam powstrzymać uśmiechu pojawiającego się co chwila na mojej twarzy. Esther Vilar pisze lekko i z humorem, doskonale ukazując przewrotność kobiecej psychiki. Nie obywa się również bez wiary w szczerą miłość oraz świetnych cytatów, których nie omieszkam się zapisać w moim zeszycie literackich złotych myśli. W tej książce nic nie rozczarowuje: jest po prostu doskonała od początku do samego bajkowego końca. Szczerze polecam!

środa, 8 lutego 2012

Kat i ofiara

Piękna dziewczyna więziona przez szanowanego lekarza. Rzeczywistość, która jest zupełnie inna niż się wydaje. Temat trudny, bolesny i wręcz wstrząsający... I jednocześnie intrygujący już od pierwszego rozdziału. Nic dziwnego, że przeniesieniem "Tarantuli" Thierry'ego Jonqueta na ekran zajął się Pedro Almodovar - człowiek, który nieustannie rozważa etyczne problemy ludzkości.
Jak wspomniałam już wcześniej "Tarantula" to historia młodej i pięknej Ewy, o której śmiało można powiedzieć "współczesna niewolnica". Jednocześnie z jej panem - chirurgiem plastycznym Richardem Lafargue, łączy ją przedziwny związek. On - zmusza ją do prostytucji, ona - dręczy go grywaniem romantycznej piosenki "The Man I Love". Za tymi ciosami kryje się jednak coś więcej - tajemnica, o której wie tylko Ewa i Richard. Tajemnica, która powoduje, że oboje cierpią i są ofiarami. Jednocześnie każde z nich jest katem dla drugiego, co jeszcze bardziej komplikuje ich wzajemną relację...
Historia opowiedziana przez Jonqueta to połączenie perwersyjnego dramatu z dobrym kryminałem, którego końcówka może bardzo zaskoczyć. Zamykając książkę wciąż czujemy dziwne napięcie, towarzyszące nam na każdej stronie. Dramatyczny wątek wstrząsa czytelnikiem niesamowicie, a świadomość, że w kinach możemy obejrzeć to dzieło w wersji filmowej zachęca, by wejść w tą historię jeszcze raz.

wtorek, 7 lutego 2012

Powieść pełna skrajnych emocji

"Powrót do Missing" Abrahama Verghese to książka, która od pierwszej strony zaczarowała mnie, wywołując przy tym całą gamę skrajnych emocji.
Historia, mieszcząca się na ponad siedmiuset stronach, dotyczy dwóch osieroconych chłopców - Shivy i Mariona, których matka - hinduska zakonnica, zmarła przy porodzie, a ojciec - doświadczony chirurg, rozgoryczony i zupełnie nieprzygotowany do roli jaka mu przypadła, porzuca dzieci tuż po ich narodzinach. Chłopcy zostają jednak przygarnięci przez społeczność pracującą w etiopskim szpitalu Missing, gdzie odnajdują miłość, a także zawodowe powołanie. Tam także ich drogi rozdzielają się, zmuszając jednego z nich do ucieczki z kraju... Miną lata, zanim uda się rozdzielonym braciom spotkać ponownie.
Rozpoczynając tę książkę, byłam zauroczona elokwencją i stylem pisania, który w poetycki wręcz sposób opisuje uczucia bohaterów oraz afrykańskie krajobrazy, gdzie rozgrywa się większa cześć powieści. Im dalej, tym bardziej jeden z wątków się rozwijał, by w końcu wybuchnąć i... zostać przerwanym przez sceny, które w momencie tak dramatycznym wydały mi się nijakie i nic nie wnoszące, a jednak konieczne do przebrnięcia, by móc zrozumieć całą historię. W każdym razie na sto pięćdziesiątej stronie byłam WKURZONA, że czytam to opasłe tomisko, ale nie zaprzestałam poznawania książki. Nie pożałowałam. Bo po tych kilku dziesiątkach stron, gdzie wątki miotają człowiekiem jak drgawki, akcja była już z miarę płynna. Dramaty - narastają i opadają w naturalnym trybie, wciągając w lekturę coraz bardziej. Uczucia bohaterów - tak różne i dojrzewające wraz z nimi, są bliskie sercu. Do samego końca książka pozostaje także zaskakująca, sprawiając, że po jej zamknięciu długo nie można o niej zapomnieć. 
To niewątpliwie jedna z najbardziej fascynujących lektur, jakie przyszło mi przeczytać!

niedziela, 22 stycznia 2012

Niełatwy los imigranta

Sięgając niedawno po książkę "Topiel" Dominikańczyka Junota Diaza nie byłam w najlepszym nastroju. Powody mojego stanu zostawię może dla siebie, co nie znaczy, że odpuszczę sobie ocenę tego dzieła, które być może ominęłabym w moich książkowych zawodach, gdyby nie Dyskusyjny Klub Książki, do którego należę.
"Topiel" to niewielka powieść, podzielona na kilka rozdziałów, będących jednocześnie osobnymi opowiadaniami. Historie te łączą się jednak w całość, którą scala pierwszy wątek: dominikańskiej rodziny opuszczonej przez ojca, który wyemigrował do USA w poszukiwaniu pracy. Tu główny bohater - Junior, opowiada jak z jego perspektywy wygląda sprawa emigracyjnego półsieroctwa, na jakie skazał ojciec jego rodzinę. Drugim wątkiem jest historia tego samego chłopca, tylko opowiedziana kilka lat później. Junior jest już mieszkańcem Stanów Zjednoczonych i jednocześnie młodym handlarzem narkotyków, mieszkającym w biednej dzielnicy Nowego Jorku. Codzienność - oparta na nielegalnym procederze, zabarwiona jest kolorem pierwszych młodzieńczych uczuć - często gorzkich i zawiedzionych.
Historia małego, jak i trochę starszego Juniora przedstawia smutny los Latynoamerykanów, którzy skazani na wykluczenie bądź opuszczenie rodzinnych stron mierzą się każdego dnia z przeciwnościami losu, często zatracając się w nałogach czy poddając się smutnej rzeczywistości.
"Topiel" mimo swego przygnębiającego klimatu nie wstrząsnęła mną, ani też nie poruszyła mnie jakoś specjalnie. Jest to jednak naprawdę dobra lektura - świetnie napisana, czasem brutalnie szczera. Zapowiedź na okładce tym razem okazała się bardzo trafna.

sobota, 29 października 2011

Uciec przed pośpiechem i zabieganiem

Ostatnimi czasy jestem szaleńczo zabiegana. Właściwie dopiero w środę miałam szansę przysiąść i wziąć się za czytanie rekreacyjne, będące od zawsze miłym akcentem wolnych dni. Tym razem jednak lektura była wyścigiem, który wygrałam, bo już kolejnego dnia musiałam i mogłam puścić w dalszy obieg książkę "Prowincja" autorstwa Barbary Kosmowskiej. Książkę, która pozwoliła mi się zatrzymać (choć dopiero po jej szybkim przeczytaniu).
Główną bohaterką powieści jest Hanka - warszawska dziennikarka w średnim wieku, prowadząca poukładane i wręcz nudne życie ze swoim mężem Włodzimierzem, córką Lindą i kotem Blondyną. Właśnie w nudzie tkwi problem - dotychczasowe życie jakoś nie cieszy Hanny, a powtarzalność każdego dnia staje się coraz bardziej nieznośna. Dlatego dziennikarka decyduje się rzucić pracę w stolicy i opuścić na jakiś czas rodzinę, przenosząc się na tytułową prowincję. Celem są Bączki - miasteczko w bliżej nieokreślonym zakątku Polski i praca w lokalnej gazecie. 
Początkowo nikt nie rozumie decyzji Hanny. Jednak klamka zapadła i kobieta wyjeżdża, przewracając do góry nogami życie Bączkowian, rodziny, a przede wszystkim swoje własne. Poznaje bowiem zupełnie nowe oblicze świata: z dala od zapędzonej Warszawy, odbiegające od jej stereotypu prowincji, ale nie sielskie i idylliczne. Po prostu inne. Kontakty z miejscową ludnością owocują trafnymi przemyśleniami i odważnymi decyzjami. Wiele rzeczy się zmienia. Zmienia się sama Hanka - bohaterka podobna do wielu z nas, niezależnie od tego, czy mamy dwadzieścia czy czterdzieści lat.
Początkowo książka może wydawać się nieco nudna i pesymistyczna. Jednak im bardziej zagłębiamy się w jej treść, tym większej sympatii do niej nabieramy. Postacie - wyraziste i zapadające w pamięć, są tu dodatkową atrakcją. Śmiało można też powiedzieć, że przez "Prowincję" przebija się niesamowita mądrość życiowa Kosmowskiej.
Jeśli macie kilka wolnych chwil, sięgnijcie po ta mądrą, miejscami bardzo zabawną książkę. To dobra lektura na jesienną porę. Warto przeczytać!

wtorek, 19 lipca 2011

Kiedy córka zabija matkę...

Zabójstwo - zdecydowana większość ludzi nie potrafi wyobrazić sobie, że mogłaby dopuścić się tak makabrycznej zbrodni. To przecież cios w fundamentalne wartości, na jakich opiera się społeczeństwo. Tym bardziej trudno jest wyobrazić sobie, że dopuszczamy się tego czynu na kimś bliskim... Na przykład na matce...
Bohaterka powieści "Córeczka" autorstwa Alice Sebold jest jednak nieco inna, niż większość znanych nam osób. Helen nie tylko niemal całe życie wyobrażała sobie zabicie własnej matki, ale również wprowadziła swoje fantazje w czyn. A wszystko dzieje się w przypływie rozpaczy, gdy chora, niedołężna, ale i złośliwa staruszka zanieczyszcza się, by zwrócić na siebie uwagę córki. Helen dusi Clair ręcznikiem, a następnie, po umyciu ciała i ukryciu go w piwnicy, wciąga w sprawę byłego męża, chcąc uciec przed konsekwencjami zbrodni, jakiej się dopuściła...
Książka pokazuje nam nie tylko 24 godziny z życia Helen, jej przemyślenia i rozterki jakie nastąpiły po śmierci jej matki. Opisuje także wcześniejsze lata, dzięki czemu mamy szansę choć trochę zrozumieć postępowanie tej kobiety. Kwestia usprawiedliwienia tego czynu pozostaje otwarta. Autorka ani nie potępia, ani też nie broni powieściowej matkobójczyni, ale pozwala czytelnikowi samodzielnie zadecydować, czy fakt uśmiercenia Clair był moralnie słusznym wyborem.
Ja, do tej pory myśląc o tej książce, nie potrafię powiedzieć, czy Helen postępując w taki, a nie inny sposób, podjęła dobrą decyzję...

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Każdy ma coś do ukrycia...

Ramosowie to z pozoru zwyczajna, peruwiańska rodzina klasy średniej. Pozory jednak bardzo często mylą, o czym przekonujemy się czytając powieść Santiago Roncaliolo pt. "Wstyd". Tutaj każdy ma coś do ukrycia. A to, co ukryte, wywołuje tytułowy wstyd.
Ojciec - Alfredo, dowiaduje się, że pozostało mu zaledwie pół roku życia, o czym boi się powiedzieć swoim bliskim. Matka - Lucy, wplątuje się w przedziwny, perwersyjny romans, znudzona swoim życiem małżeńskim. Córka - Mariana, dziewczyna w okresie dojrzewania, zaczyna niebezpiecznie interesować się swoją najlepszą przyjaciółką. Syn - Sergio, widzi duchy, a Dziadzio, traktowany przez resztę rodziny, jak małe, nieporadne dziecko, zakochuje się w kobiecie poznanej przed laty. Na dodatek jedyne stworzenie, które mogłoby wydawać się normalne, czyli Kot, z przyczyn znanych tylko sobie samemu, sprawia same kłopoty...
Nie zdradzę Wam, jak skończy się ta historia. powiem tylko, że czyta się jednym tchem, więc zachęcam do sięgnięcia na biblioteczną półkę. To naprawdę świetna książka!