Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Pewien przypadek młodego starca

Rodzimy się, dorastamy, dojrzewamy, starzejemy, umieramy... Taka jest naturalna kolej rzeczy. Co by jednak było, gdybyśmy rodzili się starzy, a w miarę upływu czasu młodnieli? Trudno to sobie wyobrazić, prawda? Na postawione przez mnie pytanie próbuje jednak odpowiedzieć David Fincher, reżyser filmu "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona", gdzie obok Brada Pitta w roli tytułowej możemy zobaczyć takie gwiazdy jak Cate Blanchett, Tilda Swinton, Julia Ormond czy Jason Flemyng.
Fabuła filmu, oparta na opowiadaniu F. Scotta Fitzgeralda pod tym samym tytułem, dotyczy porzuconego przez ojca chłopca, który urodził się stary. Przygarnia go czarnoskóra opiekunka z domu starców, która wzrusza los małego Benjamina. Wbrew jej domniemaniu, że dziecko wkrótce umrze, Benjamin rośnie, przypominając wyglądem osiemdziesięcioletniego dziadziusia, psychicznie będąc jednak dzieckiem. Poznaje również dziewczynkę, która stanie się miłością jego życia i, ku wielkiemu zdziwieniu otoczenia jak i siebie samego, z roku na rok porusza się żwawiej. Staje się też coraz młodszy... 
Losy Benjamina, wypełnione podróżami, ubarwione wojną i romansami, toczą się nadal, budując niezwykle interesującą i pasjonującą historię o życiu i śmierci, miłości ponad wszystko, marzeniach i poświęceniu. 
Ten poruszający film ogląda się niemal pożerając go oczami. Na uwagę szczególnie zasługują charakteryzacja, scenografia i efekty specjalne, nagrodzone w 2009 roku Oscarami. Mnie osobiście zauroczyła również muzyka, autorstwa Alexandre'a Desplata. Wszystkie te elementy tworzą niesamowitą atmosferę, dlatego kto jeszcze nie widział tego filmu, musi koniecznie nadrobić zaległości. Polecam!

czwartek, 19 stycznia 2012

Lewis Carroll oczami Tima Burtona

Mała dziewczynka widzi w ogrodzie białego królika. Zwierzątko pojawia się i znika, a dziewczynka jest coraz bardziej zaintrygowana. W końcu zaczyna go gonić. Wpada do jego norki, spada, spada i spada, aż w końcu kąduje w dziwnym pomieszczeniu... Tak zaczyna się wielka przygoda małej Alicji. To wersja znana z historii, napisanej ponad 150 lat temu przez Lewisa Carrolla.
Burtonowska Alicja nie jest jednak małą dziewczynką. To młoda, śliczna kobieta, uparta i nie przestrzegająca konwenansów. Ma wyjść za mąż za wiecznie skwaszonego Hammisha, ale nie bardzo jej to odpowiada. Widząc na przyjęciu zaręczynowym białego królika podąża za nim i jak łatwo się domyślić, podobnie jak jej literacki odpowiednik, również trafia do Krainy Czarów. Myśli jednak, że to sen - sen nawiedzający ją od dzieciństwa, gdzie spotyka znikającego kota z szerokim uśmiechem, gapowatych bliźniaków, niebieską gąsienicę i zwariowanego twórcę oryginalnych kapeluszy. Wszyscy chcą wiedzieć czy Alicja jest "tą Alicją"- ucieleśnieniem bohaterki, mającej wybawić uciemiężoną Krainę Czarów spod władzy Czerwonej Królowej. Dziewczyna, początkowo sceptycznie nastawiona do pradawnego proroctwa, z czasem przekonuje się, jakie jest jej przeznaczenie i decyduje się wejść na jego ścieżkę. Jak do tego wszystkiego dojdzie i czym to się skończy? Zobaczcie sami!
Przyznam, że od bardzo dawna chciałam obejrzeć ostatni film mistrza groteski i grozy. Czy się zawiodłam? Chyba nie, choć film wydawał mi się za krótki i zbyt przewidywalny. Zabrakło mi w nim tez nutki napięcia, typowej dla filmów Burtona... 
Na wielki plus zasługują jednak efekty specjalne - czyli cała Kraina Czarów, która zachwyca bogactwem i kolorystyką. Świetnie zagrała również Helena Bonham Carter, wcielająca się w postać Czerwonej Królowej (uwielbiam hasło "Ściąć o głowę!"). Właściwie nie wiem co myśleć o Johnnym Deepie, który zagrał Szalonego Kapelusznika. Rola niewątpliwie do niego pasowała, ale... Szału nie było...
Mimo kilku niedociągnięć film jest w porządku. Spodoba się dzieciakom i miłośnikom baśni. Dobry na sobotnie wieczory z rodziną :)

piątek, 16 grudnia 2011

Świątecznych życzeń czar...

Za oknem zima-niezima, śniegu nie ma, tylko w sklepach widać jakieś zmiany, świadczące o tym, że zbliża się Boże Narodzenie. I znowu mamy czas świąt, znowu do kin weszła kolejna komedia, gdzie "dzwonią dzwonki sań", pada śnieg i wszystko jest takie piękne, uroczyste i świąteczne. Łatwo sie domyślić, że mówię o zachwalanych wszędzie "Listach do M.". I żeby nie było - nie ironizuję - sama będę zachwalać, bo mimo mojego początkowego sceptycyzmu, film naprawdę mi się podobał.
Rzecz dzieję się w Wigilię Bożego Narodzenia w Warszawie. Bohaterami są różni ludzie: dziennikarz radiowy samotnie wychowujący syna, bezdzietne małżeństwo, surowy szef galerii handlowej, rodzina policyjnego negocjatora, mała dziewczynka z domu dziecka, a także Mikołaj nie lubiący dzieci oraz dziewczyna, szukająca miłości i pracująca jako Pani Mikołajowa. Każdy z nich, jak i my wszyscy, ma marzenia, plany i refleksje, które tego dnia szczególnie silnie dają się we znaki. Chęć odmienienia własnego losu, czy też seria zabawnych, zadziwiających a czasem nawet przerażających zbiegów okoliczności powoduje, że bohaterowie postanawiają odmienić swoje życie. Odmienia ich sam wieczór wigilijny: łączy rozdzielonych, godzi skłóconych, przynosi pocieszenie smutnym...
"Listy do M." warto obejrzeć, nie tylko dlatego, że przewija się tu cała plejada polskich gwiazd z Maciejem Sthurem, Piotrem Adamczykiem, Romą Gąsiorowską (jest genialna!) i Tomaszem Karolakiem na czele. Warto, ponieważ jest to wspaniała i ciepła historia, nie jakoś przesadnie przesłodzona, jak to zwykle bywa w przypadku polskich komedii romantycznych. Film jest po prostu w sam raz! Zachowuje równowagę między marzeniami, a realizmem życia, które często nie jest różowe i słodkie. Pokazuje problemy, które każdy z nas z pewnością zna, jeśli nie z autopsji, to z bliskiego otoczenia. Ma jednak to do siebie, że daje odrobinę nadziei na lepsze jutro i budzi wiarę w to, że marzenia się spełniają, a cuda dzieją się tuż obok nas. Naprawdę warto wybrać się do kina na "Listy do M."!

czwartek, 27 października 2011

Mały Wielki Człowiek w Paryżu

Paryż od wieków fascynuje i inspiruje artystów jedynym w swoim rodzaju czarem i klimatem, którego nie można odnaleźć w żadnym innym mieście. Woody Allen również uległ magii stolicy Francji, gdzie rozgrywa się akcja jego najnowszego filmu „O północy w Paryżu”.
Jest to historia młodego scenarzysty Gila Pendera, który wraz ze swoją narzeczoną przygotowania do ślubu spędza w Paryżu. Przy okazji pracuje również nad swoją debiutancką książką, której akcja rozgrywa się nie gdzie indziej, jak w największej stolicy artystów. Gil pragnie, by jego powieść była jak najbardziej wartościowa pod względem artystycznym, jednak uparcie nie oddaje jej do oceny i recenzji, by dowiedzieć się, czy jego pisarski warsztat idzie w dobrym kierunku. Wszystko zmienia się pewnego wieczora, kiedy to mężczyzna gubi się w zaułkach Paryża, a zegar wybija godzinę dwunastą...
Film „O północy w Paryżu” jest nie tylko historią zagubionego życiowo pisarza, który marzy o lepszym życiu w innych czasach. To także opowieść o inspiracji i poszukiwaniach, wierze w siebie i o tym, że każde, nawet najbardziej nierealne marzenie, może się spełnić. Jednak to co przede wszystkim rzuca się w oczy w przesłaniu filmów Allena, to wybór właściwej drogi. By dowiedzieć się, czy Gil Pender podjął słuszną decyzję, musicie obejrzeć „O północy w Paryżu”, do czego gorąco zachęcam, gdyż ten film to kolejna wciągająca, a także zaskakująca fabuła pełna magii i humoru, tak charakterystycznych dla tego amerykańskiego reżysera. Już od samego początku zachwycają piękne zdjęcia, przywodzące na myśl najpiękniejsze pocztówki z Paryża oraz jazzowa muzyka, która mnie osobiście skojarzyła się z klimatem starych, nowoorleandzkich klubów.
Imponująca jest również plejada gwiazd, pojawiających się w filmie. Głównego bohatera zagrał Owen Wilson, znany z takich produkcji jak „Polowanie na druhny” czy „Poznaj moich rodziców”. Obok niego możemy zobaczyć również Rachel McAdams, Marion Cotillard, Adriena Brody’ego, Kathy Bates i Michaela Sheena. Wisienką na torcie jest sławna żona francuskiego prezydenta – Carla Bruni – grająca w filmie (całkiem przyzwoicie, choć nieśmiało) przewodniczkę muzealną.
Wspaniałe kostiumy i świetny scenariusz, autorstwa samego Woody’ego Allena, to kolejne zachęcające elementy filmu, który bawi, a jednocześnie skłania do refleksji. Reżysera spokojnie można nazwać Małym Wielkim Człowiekiem, ponieważ po raz kolejny udowodnił nam, że jego wielkość objawia się nie we wzroście, lecz w umyśle.

środa, 26 października 2011

Miłość z cyrkową areną w tle

Stary, zbłąkany człowiek spotyka dwóch mężczyzn na terenie zamkniętego już cyrku. Jest wieczór, pada deszcz. Mężczyźni początkowo chcą pomóc staruszkowi wrócić do Domu Starców, ten jednak odmawia. Okazuje się, że dziadek w młodości sam pracował w podobnym miejscu, a zdjęcie, które zauważa na półce cyrkowego „biura” budzi w nim wzruszenie i wspomnienia. Bohater rozpoczyna więc swoją historię, która wydarzyła się około roku 1931 i odmieniła jego życie na zawsze.
Jacob Jankowski jest młodym studentem weterynarii pochodzącym z rodziny polskich imigrantów. Wydaje się, że jego los jest już z góry przesądzony: ma wspaniałe perspektywy na przyszłość i wielkie plany. Wszystko jednak zmienia się diametralnie w chwili, gdy rodzice chłopaka giną, a on załamuje się. Rzuca studia i rusza w świat, tracąc z oczu zupełnie swoje życiowe cele. Przypadkiem trafia na trupę cyrkowców, w której początkowo pełni dość niewdzięczną i niemiłą funkcję, z czasem jednak staje się opiekunem „najgłupszego słonia” jakiego można spotkać – Rosie (który, jak się potem okazuje, głupi wcale nie jest). Poznaje też piękną Marlenę, która od pierwszego wrażenia robi na nim piorunujące wrażenie.
Na tym kończę krótkie streszczenie, bo pisząc, co było dalej, z pewnością odebrałabym Wam przyjemność obejrzenia „Wody dla słoni” – filmu w reżyserii Francisa Lawrence’a z Robertem Pattinsonem i Reese Witherspoon w rolach głównych. Obraz ten, który polską premierę miał w maju 2011 roku, powstał na podstawie książki autorstwa Sary Gruen pod tym samym tytułem. Można powiedzieć, że jest to historia miłosna jak każda inna, jednak fakt, iż rozgrywa się ona w cyrkowej scenerii, wyróżnia ją na tle podobnych fabuł, gdzie głównym wątkiem jest miłość, mająca do pokonania wiele przeszkód.
Grający w filmie znani i lubiani aktorzy są dobrą zachętą, by poświęcić dwie godziny na obejrzenie „Wody dla słoni”, zachęta jednak to nie wszystko. Robert Pattinson w roli Jacoba Jankowskiego właściwie niczym się nie wyróżnia. Jest on niewątpliwie atrakcją dla wszystkich nastoletnich fanek „Zmierzchu”, gdzie mogliśmy oglądać go jako pociągającego wampira Edwarda, ale jako że ja jego fanką nie jestem, wrażenia na mnie nie zrobił.
Jeśli zaś chodzi o Reese Witherspoon – wyróżniła się nieco bardziej, może nie przez swoją grę, ale przez urodę. Aktorka prezentuje się naprawdę pięknie jako dama z lat 30. XX wieku i poskramiaczka dzikich zwierząt.
Może to nieco dziwne stwierdzenie, ale aktorsko najlepiej wypadł słoń, który grał upartą Rosie. Sztuczki cyrkowe w wykonaniu tego zwierzęcia naprawdę zachwycają, a sceny z jego udziałem szczególnie budują akcję filmu.
Atutami filmu są niewątpliwie piękne zdjęcia, które obudziły we mnie chęć przeniesienia się w lata 30. i pójścia do cyrku. Fabuła filmu wciąga i zawiera kilka naprawdę dramatycznych scen. Zakończenie, choć dla niektórych może być przewidywalne, mnie zaskoczyło. Właściwie pozytywnie, pozostawiając po filmie miłe wspomnienia.
To, co mi się nie podobało, to niektóre elementy wątku polskiego. By nie zdradzać zbyt wiele, powiem tylko, że obraz Polaka jest tutaj mocno stereotypowy, na co niestety nic nie możemy poradzić.
Mimo wszystko myślę, ze warto obejrzeć ten film, by przenieść się o niemal sto lat do Ameryki czasów prohibicji. To z całą pewnością przyjemna rozrywka na sobotnie popołudnie.

niedziela, 25 września 2011

Bardzo duży problem

Otyłość jest jednym z najgroźniejszych problemów społecznych i cywilizacyjnych jaki gnębi współczesny świat. Wszyscy o tym wiemy, a mimo to nie ma chyba osoby, która choćby raz nie żywiła się w McDonaldzie czy innym fast foodzie. Co gorsza liczba takich lokali ciągle rośnie, tak samo jak liczba osób spożywających tam posiłki. Wielu z nas zastanawia się, co zrobić, by to zmienić, ale na zastanawianiu się często się kończy...
Raz na jakiś czas (mam na myśli raz na miesiąc lub rzadziej) można pozwolić sobie na takie niezdrowe szaleństwo, ale co jeśli stołowanie się w "restauracjach" typu fast food staje się regułą, nieokiełznanym nałogiem? Na to pytanie po trosze stara się odpowiedzieć Morgan Spurlock - reżyser, pomysłodawca, a jednocześnie główny bohater filmu "Super Size Me", który jest również rejestracją jego eksperymentu, jaki przeprowadził na sobie w 2004 roku. To właśnie wtedy Spurlock zdecydował, że przez miesiąc będzie żywił się wyłącznie w McDonaldzie, próbując tym samym wszystkich oferowanych mu w menu dań i sprawdzając, jak to wpłynie na jego samopoczucie i stan zdrowia. Przed rozpoczęciem obżarstwa udał się na konsultację aż do trzech lekarzy, którzy zbadali go i mieli czuwać nad jego zdrowiem w czasie trwania eksperymentu.
Jakie wyniki osiągnął Morgan i jak bardzo odbiło się to na jego zdrowiu? Zobaczcie film, a uzyskacie odpowiedź, który skłania do refleksji nad tym, co i jak jemy (przy okazji dowiadując się mało apetycznych faktów dotyczących frytek, coli i innego "śmieciowego żarcia").
Autor filmu otrzymał nominację do Oscara w kategorii "Najlepszy Film Dokumentalny", a sieć McDonald's po wypuszczeniu filmu zmieniła nieco jadłospis i politykę firmy, jednak nie aż tak bardzo, by najsłynniejsze fast foody  świata stały się świątyniami wyłącznie zdrowej żywności.
Niestety w tej materii nie możemy już nic zmienić, ale może po obejrzeniu filmu Spurlocka bardziej będziemy zwracać uwagę na to co jemy. Ja, mam nadzieję, będę...

poniedziałek, 18 lipca 2011

Jeden mężczyzna i trzy kobiety

Dwie Amerykanki. Pierwsza z nich - rozważna brunetka, mająca wkrótce wyjść za mąż, pisząca pracę magisterską o tożsamości Katalończyków, druga - blondynka, kierująca się emocjami i nastawiona na smakowanie życia. Przyjaciółki, które wybierając się we wspólną podróż do Barcelony, nie podejrzewają nawet, jak bardzo zmieni ona ich życie...
On - artysta, Hiszpan o magnetyzującym spojrzeniu, którego pierwszy raz spotykają na wernisażu... Mimo, że się nie znają, proponuje im spędzenie wspólnego weekendu. Od tego momentu zaczyna się coś, co każde z nich zapamięta na zawsze.
Film, o którym mowa, to oczywiście "Vicky Cristina Barcelona", genialnego jak zawsze Woody'ego Allena. Pojawia się tu cała plejada gwiazd, takich jak: Scarlett Johansson, Javier Bradnem czy Penelope Cruz, która moim zdaniem wprost fenomenalnie zagrała zazdrosną i nieco niezrównoważoną psychicznie byłą żonę Juana Antonio, granego przez Bradnema (notabene obecnego męża aktorki).
Wspaniały film, którego fabuła, mimo iż nie zawiera jakichś specjalnie dramatycznych wątków, wciąga bez reszty. Innymi atutami tego obrazu są świetne zdjęcia, a także wspaniała narracja, dzięki której widz ma możliwość głębszego poznania uczuć bohaterów. Polecam!

wtorek, 28 czerwca 2011

Oszukać przeznaczenie

Co by było, gdyby na świecie nie było morderstw i śmierci zadanej jednemu człowiekowi przez drugiego?
Można by snuć wiele wizji o tym, jaki świat byłby piękny, jednak czy aby na pewno? Może byłoby tak, jak w filmie nakręconym prze Stevena Spielberga, na podstawie opowiadania Phillipa K. Dicka? Mowa tu o "Raporcie mniejszości" z Tomem Cruisem w roli głównej, a także plejadą innych gwiazd, jak np. Colin Farrel czy Max von Sydow.
Akcja filmu toczy się w 2054 roku w Waszyngtonie. Od sześciu lat prowadzona jest tam eksperymentalna Agencja Prewencji, którego kapitanem jest John Anderton. Agencja, oprócz nowoczesnego sprzętu, dysponuje także trzema jasnowidzami, których przepowiednie pozwalają zapobiec morderstwom, zanim te się jeszcze wydarzą. Pasmo sukcesów przerywa wizja, dotycząca samego Andertona, który ścigany, dowiaduje się wielu zatajonych przed nim faktów, dotyczących działania Agencji Prewencji z "raportem mniejszości" na czele.
Czy uda mu się oszukać przeznaczenie i zapobiec spełnieniu się przepowiedni? Czy odkryje wszystkie tajemnice Agencji i swoich przełożonych? Odpowiedzi znajdziecie po obejrzeniu tego trzymającego w napięciu i pełnego zwrotów akcji thillera s-f. Fantastyczna fabuła i efekty specjalne to atuty filmu, które nie pozwalają oderwać oczu od ekranu choćby na minutę...

sobota, 25 czerwca 2011

Mozart i wieloryb

Pośród wielu filmów o miłości, gdzie On poznaje Ją, Ona poznaje Jego, zakochują się w sobie, kłócą się, wracają do siebie, a potem są szczęśliwi, warto wyróżnić jeden, którego fabuła, mimo iż powtarza wyżej wspomniany schemat, jest na swój sposób wyjątkowa.
"Zaklęte serca” (oryginalny tytuł „Mozart and the Whale”) norweskiego reżysera Pettera Naessa to historia miłości dwojga ludzi: Donalda  i Isabelle – chorych na Zespół Aspergera, których łączy nie tylko choroba, ale i wielkie uczucie. On jest matematycznym geniuszem, prowadzącym grupę wsparcia dla osób z autyzmem, ona – utalentowaną artystką, którą zawsze mówi to, co myśli. Mimo trudności, z jakimi od początku zmaga się ich związek, postanawiają być razem i wspierać się w trudnych chwilach. Wszystko w imię siły wielkiej miłości.
Ten oparty na prawdziwej historii film to urokliwa opowieść, której atutami są świetni aktorzy: Josh Hartnett i Radha Mitchell, a także przesłanie, mówiące, że miłość nie patrzy na stan zdrowia czy okoliczności. Po prostu staje się i sprawia, że życie jest choć trochę lepsze...

piątek, 24 czerwca 2011

Druga strona medalu...

W 1997 roku miałam dziesięć lat. Do dziś pamiętam, że w dniu, w którym rozegrała się ta historia, oglądałam telewizję z babcią, a za oknem świeciło jasne, sierpniowe słońce. Do dziś pamiętam, jak media zdominowała jedna koszmarna wiadomość: księżna Diana nie żyje...
Powstało wiele filmów, próbujących wyjaśnić zagadkę nagłej śmierci „Królowej Ludzkich Serc”, głównie dokumentalnych. Pojawiło się także kilka fabuł, rekonstruujących życie Lady Di.
Dziewięć lat po jej śmierci, Stephen Fears postanowił opowiedzieć tę historię po raz kolejny, tym razem z nieco innej perspektywy. Właśnie o tym jest film „Królowa” z genialną rolą Hellen Mirren, grającą tytułową Elżbietę II – główny filar brytyjskiej rodziny królewskiej.
Film skupia się na tygodniu życia monarchini, zdominowanego przez wiadomość o śmierci wykluczonej z rodziny synowej. Elżbieta, zniesmaczona medialnymi skandalami Diany i jej zachowaniem wobec dworu, nie chce zgodzić się na wywieszenie królewskiej flagi do połowy masztu na znak żałoby, nie chce także wygłosić orędzia do narodu ani zgodzić się na huczny, państwowy pogrzeb. Można by pomyśleć, że ten upór to tylko fanaberie starszej kobiety, jednak reżyser stara się pokazać nam, że to jedna strona medalu. Nie usprawiedliwia zachowania królowej, ale stara się pokazać, co skłoniło ją do podjęcia takich, a nie innych decyzji. Między wierszami dostrzegamy w królowej człowieka, na którym spoczywa wielka odpowiedzialność, człowieka, który z pewną trudnością dostosowuje się do nowych czasów, człowieka, dla którego dobro narodu i rodziny jest najważniejsze...
Jeśli chcecie poznać tę historię z życia brytyjskiej królowej polecam obejrzenie tego filmu. Warto.

niedziela, 12 czerwca 2011

Włoskie zakochanie...

Artyści i twórcy od wieków inspirują się historią najbardziej znanych szekspirowskich kochanków, czyli Romea i Julii. Tak też jest w przypadku filmu "Listy do Julii" Gary'ego Winicka, z Amandą Seyfield w roli głównej.
Jest to historia Sophie, która podczas podróży przedślubnej do Werony poznaje grupę kobiet odpisujących na listy nieszczęśliwie zakochanych, pozostawianych na ścianie domu Julii Capuletti. Zainspirowana ich pracą decyduje się napisać artykuł na temat "sekretarek Julii". Gdy odnajduje list napisany 50 lat wcześniej, poruszona historią młodej wtedy Clarie, postanawia odpisać na jej list. Nie wie, że ten krok zmieni bardzo wiele zarówno w życiu starszej pani, jak i jej własnym...
Mimo, iż "Listy do Julii" to kolejna typowa komedia romantyczna rodem z Hollywood, warto ją obejrzeć. Dech w piersiach zapierają piękne włoskie krajobrazy, a zabawna fabuła sprawia, że film ten jest doskonałym "umilaczem" pochmurnego wieczoru.

sobota, 11 czerwca 2011

Zabawa w kotka i myszkę

Parę tygodni temu miałam okazję obejrzeć film, który wbił mnie w fotel mistrzostwem z jakim był zrealizowany. Mam tu na myśli "Infiltrację" Martina Scorsese, z Leonardo DiCaprio i Mattem Damonem w rolach głównych.
Jest to historia dwóch policjantów: Billy'ego Costigana (DiCaprio) i Colina Sullivana (Damon). Pierwszy z nich, wychowany w patologicznej rodzinie, dostaje za zadanie przeniknięcie do struktur mafijnych. Drugi - szybko pnący się w górę agent policji Sullivan, jest jednocześnie wtyczką mafii w policji. W miarę rozwoju akcji zarówno przestępcy, jak i stróże prawa, zaczynają zdawać sobie sprawę z obecności szpiega w swoich szeregach, przez co rozpoczyna się trzymający w napięciu wyścig z czasem, który można określić kolokwialnym: kto kogo złapie pierwszy?
Film, mimo iż trwa trochę ponad dwie godziny, nie nudzi i nie rozczarowuje. Oprócz wyżej wymienionych gwiazd, w obrazie możemy zobaczyć: Jacka Nicholsona jako przebiegłego szefa mafii, Martina Sheena, Marka Wahlberga czy Verę Farmigę. Ponadto atutem filmu są świetne zdjęcia oraz zaskakujące zakończenie, co niewątpliwie wyróżnia "Infiltrację" spośród wielu podobnych jej filmów.
Polecam gorąco!

niedziela, 22 maja 2011

Faun i wojna

W przeszłości niewielką wagę przykładałam do tego, jakie filmy oglądam. Ostatnio jednak często sięgam po filmy, którym daleko jest do typowego kina hollywoodzkiego, gdzie wszystko jest przewidywalne i powtarzalne...
Takim nietypowym dla mnie obrazem był "Labirynt Fauna", w reżyserii Meksykanina Guillermo del Toro. Pozornie jest to baśń fantasy, jednak oglądając film, widzimy bardzo wyraźnie, że jest to historia ludzkich dramatów czasów II wojny światowej, dziejąca się tuż obok, jeśli nie na pierwszym planie, przygód małej Ofelii - głównej bohaterki, która by przedostać się do fantastycznego świata, do którego przejścia strzeże tytułowy Faun, wykonać musi trzy śmiertelnie niebezpieczne zadania.
Urzekające, a zarazem przerażające, są zdjęcia: postacie fantastyczne wydają się być prawdziwe, a sceny związane z wojennym motywem filmu - mrożą krew w żyłach.
Film, trwający niemal dwie godziny , kończy się zaskakującym, jak dla przeciętnego widza kina amerykańskiego (którym, przyznaję, jestem), zakończeniem. Jednak nie rozczarowuje. Słusznie otrzymał 3 statuetki Oscara w 2006 roku oraz wiele innych nagród.